EuroDetektyw: Tristana i Izolda!
Różne - blogowo to i owo

Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały
Czwartek 5 dzień stycznia 2012
W średnio odległej przeszłości uczestniczyłem w publicznym debiucie dwóch ważnych dzisiaj kobiet. W tejże bezpowrotnie minionej przeszłości czułem, że obie te kobiety odcisną w społecznym życiu swój wyraźny autorski ślad.
Te dwie samokierujące się damy to Agnieszka Holland oraz Ilona Łepkowska.
Obie spotkałem po raz pierwszy w obrębie sztuki filmowej, na studiach.
W tym twórczym i duchowym klimacie mogłem się im przyjrzeć z bliska.

Agnieszka Holland – starsza ode mnie zaledwie trzy lata – a już prowadziła zajęcia w mojej łódzkiej filmówce (sama skończyła filmową szkołę w czeskiej Pradze). Już należała do prestiżowego zespołu filmowego „X”, firmowanego przez Andrzeja Wajdę.
Ilona Łepkowska natomiast - była moją akademicką koleżanką, najbardziej (w dobrym tego słowa znaczeniu) pyskatą studentką mojego roku. A więc wiadomo - była oczywiście starościną naszej zaledwie dziesięcioosobowej grupy.
Za oknami mijały lata, zmieniał się świat, imponderabilia a nawet społeczne systemy i oto dzisiaj spotykam je medialnie w prestiżowo znaczących miejscach, w ważnych zawodowo sytuacjach.
Młoda Agnieszka Holland prowadząc scenopisarskie zajęcia imponowała mi zwięzłością mowy, konkretem filmowych wizji przy jednoczesnym zachowaniu tak filmowi niezbędnej poetyczności. Szczególnie wyszło to przy recenzowaniu jej gorącego, świeżego wówczas filmu „Gorączka” (1980), który nakręciła na motywach powieści Andrzeja Struga „Dzieje jednego pocisku”.
Pokazała w tym obrazie – i znakomicie to uzasadniła – polski szabelkowaty, lekko chaotyczny zapał do wolnościowych zrywów naszych szlagońskich krzykliwych rodaków. Nie przyniosło jej to achów słusznie patriotycznych recenzentów.
Ale na mnie film zrobił duże wrażenie. Przez krytykę został doceniony dopiero po latach. Im dalej było od premiery – tym lepsze miał recenzje.

Dzisiaj Agnieszka Holland pokazuje nam – jak zgodnie piszą – największe i najlepsze swoje dzieło, film „W ciemności”. To historia skomplikowanych relacji Polacy – Żydzi w II wojnie światowej. Historia opowiedziana daleko od emfazy, od „słusznych” interpretacji. To historia człowieka - Polaka, Leopolda Sochy, kombinatora i drobnego złodziejaszka przedzierzgającego się w czasie w Chodzącą Szlachetność. W człowieka, który postanowił ukryć w kanałach grupę Żydów z lwowskiego getta.
Zajmująca historia przy dużym artystycznym udziale głównego bohatera, Roberta Więckiewicza, ostatnio sukcesora dobrej aktorskiej passy (za kilka miesięcy zobaczymy go w roli Lecha Wałęsy).
Film Agnieszki Holland – to międzynarodowa produkcja polsko-niemiecko-kanadyjska. „W ciemności” został już polskim kandydatem do Oscara 2012 w kategorii najlepszy obraz nieanglojęzyczny. Tak wyrokował Polski Instytut Sztuki, a właściwie komisja powołana przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego.

Szef komisji, reżyser Dariusz Gajewski uzasadniał to tak:
„Zdecydowaliśmy się postawić na taki film, który łączy dwie cechy: jest znakomity pod względem artystycznym i zrozumiały dla członków amerykańskiej Akademii Filmowej. Te dwa warunki spełnia 'W ciemności' Agnieszki Holland. To film niezwykle poruszający i fantastycznie zrealizowany. Są w nim znakomite kreacje aktorskie. Robert Więckiewicz jest w swojej roli doskonały. Inni aktorzy także zagrali wspaniale. To są wyżyny aktorstwa".
A Barbara Hollender recenzentka, którą lubię i cenię, tak:
"To film, który powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń. W czasie drugiej wojny światowej rzeczywiście był we Lwowie robotnik pracujący w kanałach i drobny złodziejaszek, Leopold Socha. Przez 14 miesięcy przechowywał w kanałach grupę kilkunastu Żydów. Najpierw robił to dla zarobku, ale potem, kiedy Żydom skończyły się pieniądze, on ich po prostu nie opuścił. Narażał własne życie, przynosił im jedzenie, chronił przed kontrolami, które robili w kanałach Niemcy. Holland zrobiła film, który jest bardzo poruszający. To film niejednoznaczny - bohater nie jest ani herosem, ani szmalcownikiem żerującym na cudzej tragedii. Leopold Socha to mały cwaniaczek, który odnajduje w sobie empatię i solidarność”.
Obraz „W ciemności” stał się tak szczególny, że głos zabiera, a czynią to niezwykle rzadko, dostojnik kościoła.
„To film bardzo ważny, wzruszający i zrobiony bez retuszu – powiedział po premierowym pokazie kardynał Kazimierz Nycz. Metropolita warszawski ocenił też, że historia Leopolda Sochy, który podczas wojny ukrywał we Lwowie grupę Żydów może być ważnym punktem odniesienia także dla współczesnych dyskusji polsko-żydowskich.
Od „Gorączki” z 1980 roku do „W ciemności” – premiera Polska 2012 – minęło lat spory trzos. Wciąż cenię reżyserkę za cechy, które zaobserwowałem studiując w łódzkiej filmówce. To znak, że są wartości, które nie przemijają z wiatrem, wodą, ogniem, fochami.

Agnieszka Holland wzmaga siłę swojej na świecie obecności. A druga moja heroina z lat studenckich jakby oddawała cumy. Już kilka razy słyszałem, że starościna mojego roku, świetnie czująca życie scenarzystka Ilona Łepkowska nudzi się produkcją dalszych odcinków swych licznych seriali.
A przecież wciąż należy do najbardziej wpływowych kobiet w Polsce. Pracująca przez piątek, świątek. Znakomicie czująca puls zaokiennego życia typu pop. Telefony odbiera nawet w środku nocy. Silna charakterna kobieta. Ma tytuł królowa polskich seriali. Jej to zawdzięczamy miliony oglądające w telewizorach „Klan”, „Na dobre i na złe”, „M jak miłość” oraz „Barwy szczęścia”. To ona wymyśliła tych bohaterów i zdecydowała o tym, kto ich zagra.

Na studiach było podobnie. To Ilona trzymała cały nasz rok za twarze. To ona miała najwięcej pytań do wykładowców, w ocenie ich dzieł się nie patyczkowała. Omawialiśmy na przykład film „Czułe miejsca”. Jego twórca, mieszkający dziś w Holandii prawnik i reżyser Piotr Andrejew (potomek znanej rodziny prawników, dziad Paweł był sławnym wileńskim adwokatem, ojciec Igor profesorem UW, współtwórcą polskiego prawa karnego) opuścił jedne z zajęć nader gwałtownie. Po serii krytycznych zdań Ilony krzyczał:
Mam was wszystkich głęboko w dupie. Jeśli jesteście tacy cwani sami weźcie się za robienie filmów. I trzasnął drzwiami.
A Ilona jak najbardziej się wzięła.
To ona nadawała ton wielu zajęciom. Dyskutowała z Wiesławem Saniewskim (reżyser z Wrocławia, który z nami studiował). Także z Marianem Terleckim, późniejszym zdobywcą Polskiej Nagrody Filmowej w 2001 roku w kategorii najlepszy producent za film „Prymas. Trzy lata z tysiąca”, redaktorem naczelnym TV "Solidarność", założycielem Video Studio Gdańsk, pierwszej w Polsce firmy zajmującej się niezależną produkcją filmową. od 1990 redaktorem naczelnym TV Gdańsk, później prezesem Komitetu do spraw. Radia i Telewizji.
Mieliśmy wówczas niezłą paczkę.

Dzisiaj, bacząc na niezmienny przecież PESEL, charakter Ilony ewoluuje w stronę stoicyzmu. Zapytana czy lubi poczucie władzy, rządzić innymi, odpowiedziała:
Umiarkowanie. Źle się czuję, kiedy z dwóch niezłych osób, które mam do wyboru na castingu, muszę się zdecydować na jedną. Ale uważam, że seriale, przy których pracuję, są nieźle obsadzone. Na przykład w „Barwach szczęścia” poza Olafem Lubaszenko i Sławką Łozińską większość ról obsadziliśmy aktorami mało znanymi albo w ogóle nieznanymi. I myślę, że dokonałam dobrego wyboru. Jestem zdecydowana i zasadnicza, ale bardzo się pilnuję, żeby nie wrzeszczeć i nikogo nie obrażać. Gdy zwracam komuś uwagę, robię to w cztery oczy. Dużo wymagam od siebie, więc oczekuję, że ludzie, którzy ze mną pracują, też będą dawali z siebie dużo.

Dwa odmiennymi barwami malowane światy. Dwie nietuzinkowe kobiety, dwie różne osobowości.
A dla mnie to nagroda, że maja fascynacja tymi artystkami, fascynacja zapoczątkowana przed laty, nie jest dzisiaj wspomnieniowym popiołem, mieszkańcem pawlacza.
Zdzisław Smektała
501404064
bbd@bbd.pl
Dodano: 05.01.2012
Podobne artykuły

Prof. Miodek: Ta jedna minuta
Prof. Miodek: Delaunay jak Chirac
Prof. Miodek: Kto weźmie mistrza?
Prof. Miodek: Co z sympatią Szczęsnego?
Prof. Miodek: Hellada - tak, Pepiki - nie


