Zaloguj się

Nie masz konta? Zarejestruj się


Szukaj pkt
pkt

Pałac Borowa

Napisane 30.11.-1 przez Pułka ze smakiem w kategoriach: Kuchnia - smaczne wpisy, Różne - blogowo to i owo



Piękne podłogi, boazerie, kryształowe drzwi. Chce się usiąść i nie wychodzić – Leszek Pułka o Borowej.

Przeczytałem niezwykłą „Piątą stronę świata” Kazimierza Kutza. Ta magiczna powieść-niepowieść, a może swoisty reportaż historyczno-literacki pisany w duchu panoramicznych dzieł wielkiego Wańkowicza, prowadząc czytelnika przez wiele lat pogmatwanych historii Ślązaków z Roździenia i Szopienic, tyle mnie zachwyciła, co zasmuciła.

Najpierw był smutek metafizyczny – w opisach i opowiadaniach Kutza jest bowiem ocean rzadko dziś spotykanych doznań. Pracę, wiarę, seks wypełniają niezwykłe kostiumy i rytuały hanysów, hajerów, ale i gangsterów. I nie są to współcześnie oglądane na ekranach telewizorów ryty zblazowanej mody, politycznej histerii czy nieustannego karnawału popkultury, lecz niemal biblijne epifanie.

Potem był smutek właściwie trywialny – w tych opisach znalazłem tak wiele zapachów i smaków codzienności, że aż zatęskniłem za jakimś miejscem niezwykłym, z cieniami smaków Dolnego Śląska i emocjami jego mieszkańców w tle. Zazdroszcząc bohaterom Kutza, że pomimo kataklizmów historii i tak przenieśli do naszych czasów mit Śląska, nawet nie szukałem tubylców o podobnym rodowodzie, bo ich wśród nas prawie nie ma. Po prostu skręciłem z krajowej ósemki w pierwszą drogę w prawo.

Stara, zygzakowata, PRL-owska szosa nie zachęcała do podróży sentymentalnej. Niespełna 20 kilometrów od wrocławskiego Rynku cywilizacja właściwie umarła. Więc dwie gospody przydrożne o kuchni mało subtelnej. Rozsypujące się torowiska. Zaropiałe rzęsą stawy. Mały kościołek. Stare, na wpół zburzone, kulawe śląskie domki. Trochę standardowo brzydkich, nowoczesnych domów. I wreszcie biały cukiereczek. A przed nim tablica z gustownym napisem: Pałac Borowa. Wjechałem.

Żwirowe alejki przyjemnie szeleściły pod stopami. Auta wokół podjazdu świadczyły, że czynne. Mimo to dziwnie magiczny klimat – cisza lub głosy ptaków. Piękne niebo nad pałacem. Stare drzewa wokoło. A od strony salonu staw, pielęgnowane kwatery rozległego ogrodu. Zielone parasole zapraszają do stolików na zewnątrz. Pomiędzy nimi kamienne schody. Tuż obok mała portiernia i paradne wejście do sieni zdobionej freskami w stylu Alfonsa Muchy.

Na prawo sala myśliwska – kameralna, zdobiona torsami i futrami płowej zwierzyny, z wyszukanie nakrytym stołem po przekątnej. Na wprost duża, cała w ciemnym drewnie i burgundach sala kominkowa. Na lewo sala muzyczna, teraz śniadaniowa. Piękne podłogi, boazerie, kryształowe drzwi. Chce się usiąść i nie wychodzić. Brak może w dekoracjach wnętrza ciepła i kobiecej ręki, ale to już byłoby marudzenie. Szykowne wnętrza bez dwóch zdań, soczysta, gęsta zieleń za oknami.

Panna w ciemnym kostiumie z inskrypcją „Kropla Beskidu” na fartuszku – no cóż, globalizacja. Ale urocza i uczynna. Menu solidnie oprawione, choć dość ubogie. Widać to nie restauracja utrzymuje pałac, lecz pałac przy okazji usług hotelarskich karmi łasuchów. Usiadłem przy stole z efektownym obrusem i niezłą porcelaną, udającą styl klasyczny (nie sygnowany). Sztućce także prawie wysmakowane. Nieco gorzej z serwowaniem – puste kieliszki do wody pozostały do końca biesiady na stole... puste. Nikt także nie sprzątnął niepotrzebnych nakryć. Musiałem uważać na łokcie, żeby czegoś nie potrącić.

Czekadełka nie było, kieliszek do wody pusty, w karcie żadnych win na aperitif, więc zwiedzałem sale i pstrykałem fotki. Warto. Po kilku minutach pojawił się na stole rozległy talerz z bukietem zielonych sałat (23 zł ). Wesoły kłębuszek zieleniny z figlarnie przeplecionymi ogórkami zdobiły płatki podwędzanego fileta z kaczki, może ciut za suchego, oraz – teoretycznie – okruchy koziego sera. Teoretycznie, bo ktoś w kuchni wspomniane okruchy wyjadł i na stół już nie trafiły. Szczawiowy vinegrette dobarwiał całości – było przyjemnie.

Krem z borowika leśnego z groszkiem ptysiowym i świeżą pietruszką (14 zł ) prawie jak w menu. Choć i tu pietruszki poskąpiono. Groszek był – jak podejrzewam – z paczki. Krem bardzo aksamitny, gęsty. Zasmuciłem się, że borowiki całkowicie skremowane, ale według zapowiedzi tylko pietruszka miała być świeża. Zupa podana w białej barszczówce kolorowa, bo złocista, aromatyczna i smaczna, ale wolałbym krem mniej gęsty za to z towarzyszeniem choć jednego grzyba, tym bardziej, że w środku lata nawet w marketach można kupić borowiki prosto z lasu.

Malkontentom i grzybiarzom w zamian polecam czysty barszcz czerwony z dwoma pasztecikami w cieście francuskim (12 zł ), bo wywar w świetnym kolorze, pachnący, gorący, a paszteciki całkiem udane – pikantne i wciągające jęzor do smakowania. Barszczyk świetny jako zupa i jako towarzysz biesiadny. Jak mawia moja przyjaciółka od stołu – bez barszczyku spotkanie nie ma sensu, bo myśli stygną. I coś w tym jest, zwłaszcza gdy ktoś w towarzystwie przymusowo niepijący wina.

Po tak uroczo winnym barszczyku poprosiłem o kolorystycznie zgodne polędwiczki cielęce w musie malinowym (36 zł ). Ponieważ mięsne menu jest w karcie gołe i wesołe (dodatki zamawiamy osobno) poddałem się woli szefa – trafiłem na warzywa gotowane na parze. Dość niewyszukane, typowe dla kuchni hotelowych: zielona fasolka, marchewka i koniec suspensów. To zabolało, bo też nie bardzo pasowało do wspomnianego kwaskowatego musu. Cielęcina była krucha, smaczna, sugestywna. Mus bardzo pestkowy, nieco irytujący.

Głodny nikt z pałacowej restauracji nie wyjdzie. Ceny jak na poziom wnętrz i krajobraz są naprawdę przystępne. Jakby się uprzeć, można wybrać się na pieszą wędrówkę do niedalekiego Rakowa, wsi, w której człek ma wrażenie, że zaszedł na koniec świata. Fani historii także mają tu o czym pomyśleć – pałac w Borowej zbudowano w pamiętnym 1905 roku, lecz fundamenty ma barokowe.

Mieszkali tu von Schwerinowie, ale to nic – podczas II wojny światowej pałac był prawdziwą składnicą dzieł sztuki. W Polsce jak to w Polsce, po stacjonujących tu podczas oblężenia Breslau Rosjanach utworzono w nim szkołę. Teraz szkoła ma nowy budynek, a w pałacu niebawem powstanie basen i spa. Po grzybobraniu jak znalazł. Może i szef kuchni na tym skorzysta. Na grzybobraniu, nie na spa.

Leszek Pułka

Pałąc Borowa

Pałac Borowa
Borowa
ul. Lipowa 34
tel. 664 011 413
www.palacborowa.com.pl



PORTALE SPOŁECZNOŚCIOWE


Pułka ze smakiem

  • Mężczyzna
  • Ostatnio zalogowany: 28.10.2011

Opis

Najlepsze kulinarne pióro Wrocławia, Leszek Pułka, znów odwiedza restauracje, by dzielić się z Tobą wrażeniami. Już wiesz, gdzie jutro zjesz?

Tagi