
Uwielbiam przystanąć o tej porze roku na chwilę przy majestatycznych murach Teatru Lalek, czyli niegdysiejszej Resursy Kupieckiej, i rozejrzawszy się pospacerować. Przez bezlistne drzewa finezyjnie pobielone smugami i czapami śniegu nic tylko smakować zamaszystą fasadę Renomy, surowy, rudawy płaszcz z cegieł kościoła Bożego Ciała i niemal cukierkowe barwy XIX-wiecznych kamienic naprzeciw wejścia do restauracji Teatralnej.
A cofnąwszy kroki ku placowi bawić oczy dawną palarnią kawy Stieblera i kawiarnią pod numerem 5, tam gdzie dziś Mediateka. Podziwiać stylowe fasady kamienic i kremowo-patetyczny front opery. I niezwykłe klatki schodowe, które mogłyby być skarbem każdego miasta, gdyby nie cuchnęły odrażająco wilgocią. W dość banalnym jak na nasze standardy budynku Gimnazjum Realnego dorastali aż dwaj wrocławscy nobliści: Gerhart Hauptmann i Fritz Haber, pisarz i chemik.
Ale już dwie bramy dalej kultowy niegdyś, dziś jakoś posmutniały Szklany Dom, w którym w kawiarni Teatralnej, bo czy mogła inaczej się nazywać, siadywał nieodżałowany Igor Przegrodzki obok Artura Młodnickiego. Uśmiecham się, bo obaj wybitni aktorzy spotykali się także na planie „Stawki większej niż życie”. Przegrodzki jako lekarz Abwehry w odcinku 11, w którym to Kloss lata wśród partyzantów i szpiegów powtarzając legendarne hasło: W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle.
Z kolei Młodnicki, człowiek o monumentalnej twarzy wystąpił w „Stawce” jako dubeltowy generał – w odcinku 7. jako generał Langer, a w 12. jako von Boldt. Obu było bardzo do twarzy w mundurze. Jak dodają fani serialu Wrocławia jest tam znacznie więcej: Dworzec Główny, Dworzec Świebodzki, gmach dyrekcji PKP przy Joannitów, Ostrów Tumski, Zalesie, Swojczyce, Kościół św. Krzyża, Pałacyk przy Kościuszki, Teatr Lalek i Teatr Polski, ZOO, Politechnika.
Wspominam, bo już pojawił się teaser nowej „Stawki”. Tym razem „większej niż śmierć” z Tomaszem Kotem w roli kapitana Klossa. Jestem ciekaw, co przetrwa z legendy serialu. Choć smuteczek w tym, że Wrocławia już teraz w tle nie zobaczymy. Współczesność woli eksplozje, seks i ostry montaż. Więc przepadną pasaże Klossa po zoologu, parkach i uliczkach. Trochę to zastanawia, gdyż w pościgu za efektami ginie cząstka prawdy o naszych miastach i o nas samych. Przepada historia, ot co.
Na szczęście Tomek Kot w jakimś sensie jest nasz, wszak debiutował w „Hamlecie” Teatru im. Modrzejewskiej. Nigdy nie zapomnę, gdy zbiegając po pomoście na wpół zburzonego budynku legnickiego domu kultury z impetem uderzył twarzą o jeden z betonowych filarów proscenium, aż trysnęła krew. Sala zamarła. A Kot po sekundzie oszołomienia zagrał dalej – otrzymany cios poprowadził jego interpretację ku niezwykłej prawdzie postaci, rzadko osiąganej w teatrze.
Takiej subtelności świat doznaje coraz bardziej sporadycznie. Czytam w popularnym e-dzienniku wyznania skądinąd dość paskudnej Michelle Williams o postaci Marilyn Monroe. - Chciałabym ją grać przez resztę mojego życia – powiada. To mogę zrozumieć. Ja też bym chciał, gdybym umiał. Seks, szampan i rock and roll – przyjemna sprawa. Ale druzgocący jest styl portalu, który o tym informuje: - Zgarnęła już za nią Złoty Glob i wyrasta na faworytkę wyścigu o Oscara, do którego wczoraj została nominowana. Jakby aktorka była koniem wyścigowym, nie człowiekiem.
Potem już tylko paskudniej: - Na co dzień w niczym nie przypomina legendy Hollywood. Nosi dżinsy i krótką, skromną fryzurę. Nie przeszkodziło jej to powalić na kolana widzów i krytyków jako filmowa Marilyn. Aż nie chce się komentować. I może nie warto nawet roztkliwiać się nad upadkiem obyczajów, tkwiąc na kolanach, gdyby nie dość wyszukana polszczyzna bohaterów pierwszej „Stawki” czy angielszczyzna „Skłóconych z życiem”.
Z tego powodu spodobała mi się Teatralna. Nie dość, że ma wyrazistą, osobliwą (złośliwi powiadają: kiczowatą) scenografię, nad którą – jak zapewniają właściciele – czuwali artyści WTL-u, to i język menu może rozbawić swoją teatralną bajkowością. Gdy zstąpicie po kamiennych schodkach do wnętrza, prędko to docenicie. Po pierwsze jest tu – mimo popowej muzyki – zdumiewająco kameralnie i przytulnie. A z powodu mebli, dekoracji ścian i baldachimu-gigantycznego krzesła, pod którym wchodzi się w głąb lokalu, bo sal tu kilka, trochę jak w krainie Liliputu.
W restauracji – to polecają – należy zapomnieć o tym, co szare, smutne i zwyczajne, bo nic tu nie jest szare. A sporo ożywczej czerwieni i błękitu – zwłaszcza sufit wymalowany jak niebo cieszy pośrodku szarej zimy. Na kartę i uroczą pannę w kolorowej tunice nie czekałem ni chwili. Apetyt zbudził się już przy wejściu, gdyż – akurat był tłusty czwartek – piętrzyły się na bufecie pączki a w gablocie ciasta i torty.
Wnętrze absolutnie klimatyczne: karmazynowe skóry i bogate tapety na ścianach. Krzesła wyścielane, stoły solidnie nakryte obrusami, galeria podświetlonych lalek w ściennych, przeszklonych wykuszach. Czysto, przestronnie, urocze dzwoneczki kuchni wzywającej po potrawy, kandelabry jak z baśni granej kilka pięter wyżej. I łasuchy, które tu zaglądają w sobie wiadomym celu: a to grupa sympatyczek pączków, to biznesmeni, to znów złaknione dobrej kuchni single.
Menu wcale zasobne i w nazwach teatralne oraz bajeczne. Posiłek podzielony na akty, a imiona potraw fikuśne, na szczęście bezpretensjonalne, choć zdumiały mnie „Puchatki cielęce” dla dzieci (chyba poprawnie przeczytałem, bo troszkę ciemnawo było pod tym niebem), brzmią nieco kanibalistycznie wobec bohaterów literackich z naszego dzieciństwa. Mnie zainteresowało dość klasyczne menu zimowe.
A więc w kontekście nadchodzących zapustów na przekąskę śledzik w trzech smakach, czyli śledź na trzy sposoby (13zł) podany na prostokątnym półmiseczku. Śledź wybornej jakości, tłuściutki i jędrny. W trzech płatkach z trzema dekorami: buraczkowym, cebulowo-śmietanowym i cebulowo-paprykowo-grzybowym – a wszystkie smakołyki świetnie zamarynowane, ładnie tonujące słodycz oleju. Do tego pszenna bułeczka, choć wolałbym razowy chleb.
Urocza panna polecała zupę pomidorową pachnącą Toskanią z kluseczkami drobiowymi (12zł). Marudziłem, bo ile można tej pomidorowej. – Ale jeśli pan naprawdę zamówi zrazy w sosie grzybowym z kluskami śląskimi i modrą kapustą (43zł), to nie da pan rady staropolskiemu żurkowi na wędzonce podawanemu w chlebie (14zł) – rzekła uznając go za specjalność kuchni.
Nie pokłóciliśmy się. Dodam tylko, że czego nie zamówiłem, było smaczne, co gwarantowały radosne odgłosy pracującej kuchni. Zawsze podkreślam, że nie ma nic piękniejszego nad stukot tłuczenia mięsa na kotlety za ścianą. Tu to usłyszycie. Podobnie jak taktowny brzęk niezłej porcelany i dobrych sztućców. Jeśli czegoś brak, to materiałowych serwet na kolana, ale być może ktoś je wyczaruje, skoro jemy w teatrze dziecięcych baśni.
Zrazy były absolutnie klasyczne, uległe, soczyste, lekko naznaczone grzybami i cudownie podbite owocowym smakiem modrej kapusty. Kluski bardzo przyzwoite. Wszystko gorące jak trzeba. Doprawione ciekawie. Herbata Richmont (10 zł) w sympatycznej porcelanie z faworkiem gratis i zachętą do łasowania pączków. Tylko gdzie to wszystko zmieścić? Wychodziłem – jak to z baśni – nieco złupiony, choć doceniając atuty smakowe.
Może nawet trochę rozmarzony, bo zaczęło zmierzchać. Przy herbacie doczytałem, że Williams wspominała, kiedy ucharakteryzowana na Marilyn szła z garderoby na plan kołysząc biodrami niczym symbol seksu lat 60. – Zauważyłam, że kilku mężczyzn mi się przygląda i poczułam, że sprawia mi to przyjemność. Tak właśnie mogła czuć się Marilyn – dodała. Gdybyśmy byli konsekwentni, też zaczęlibyśmy kołysać. Może by ktoś o nas napisał na jakimś portalu? A tak?
Leszek Pułka
Restauracja Teatralna
pl. Teatralny 4
tel. 71 344-50-06
Czynna od godz. 12.00 do 22.00






Wyślij wiadomość