
Z powodu zaszłości historycznych jakoś nie umiemy flirtować z władzą. Nie poszliśmy tedy na bal pani prezydentowej. Z dwóch powodów. Po pierwsze – nikt nas nie zaprosił, a jako ludzie poważni wstydzimy się wpraszać, no i fatalnie tańczymy. Jest i wątek delikatniejszy – udzielamy się charytatywnie przez cały rok w najbliższej okolicy.
Podobnie jak Bolesław Prus lubimy bowiem wiedzieć, komu konkretnie pomagamy, a nie ma to jak filantropia face to face. Łzy szczęścia to łzy szczęścia i smoking czy balowa suknia nie są do tego specjalnie potrzebne. Chociaż na początku weekendu nawet łykaliśmy ślinkę, że było tam całe miasto. Ale w sumie nie żałujemy. Też z dwóch powodów.
Obejrzeliśmy fotki w popularnym dzienniku i okazało się, że – według internetowej fotogalerii – na balu oprócz państwa Dutkiewiczów były zaledwie trzy anonimowe pary plus Leszek Czarnecki z Jolantą Pieńkowską. Państwo Czarneccy tańczący coś jakby twista, państwo Cz. obok pary prezydenckiej, za parą prezydencką, przy księdzu kardynale. Jak policzyliśmy, ile wydalibyśmy na lakierki, smoking i nową suknię, których i tak by w końcu nie odnotował piórem ni szkiełkeim, to nasza umiarkowana tęsknota do snobizmu wyraźnie opadła ku stanom niskim.
Był też smuteczek drugi – obejrzeliśmy fotki menu i ujrzeliśmy oprócz tabunu pomidorów i papryki tylko dziwnie wyszczerzony ku sufitowi łeb ryby. Dopytaliśmy przyjaciół – też nas jakoś kulinarnie nie oczarowali swoją relacją. Podniesieni na duchu poszliśmy zatem na bardzo prywatny bal do naszej jedynej, ulubionej blond władzy i wśród przyjaciół smakowaliśmy sakiewki indycze z wątróbką drobiową i pieczarkami, krem z brokułów z groszkiem ptysiowym oraz pierś kaczki na plastrach ananasa, co od razu poprawiło nasz humor.
Mięsne przegryzki w postaci pasztetu z żurawiną były już tylko całusem przed ciastami. O tym, jak poetyckie tiramisu układa nasza ulubiona blond władza wspominam z głębokiego szacunku. Aż trudno uwierzyć, że podobnie puszyste i soczyste zarazem cacuszko jest mało znane publicznie, ale trudno – niech każdy z was sam oswaja swoją władzę. Osobiście przyznałbym mojej za tę słodycz trzy gwiazdki.
Z powodu tych gwiazdek trafiliśmy do Mosaiq. Plotka głosi, że ta dość nowa restauracja ubiega się o gwiazdkę Michelina. Przedtem na rogu św. Mikołaja i Rzeźniczej była bodaj winiarnia. Teraz – restaurant & wine lounge. Lounge to coś salonowego, ale i kanapa–leniwiec, mnie ta druga interpretacja bardziej odpowiada. Gdy miniecie szklane witryny i aluminiowe drzwi, ujrzycie rozciągnięte wzdłuż ścian aksamitne kanapy w kolorze mocno buraczkowym. Kto na nich siądzie, nieprędko wstanie – tak są wygodne i głębokie.
Ja się wygrzebałem stosunkowo prędko, ale smakosze niewysocy, łapią się blatu dla poratowania równowagi, bo co mogą zrobić. Trzeba by przynieść z domu poręcze. Jest więc zabawnie już na początku i pod koniec. Zabawnie, ale potem bardzo elegancko. Obrusy, porcelana, kieliszki, sztućce, przyborniki zdobione żywymi różami – wysmakowane i niezwykle dobrze leżące w dłoniach. Czysto wszędzie, lecz nie tą sterylną, loftową czystością technologii, lecz staraniem uroczej panny w czerni.
Bo kelnerzy tu w czerni a kuchnia w bieli – z dodatkiem szarobiałych fartuszków. Jest też magiczne okienko, przed którym miła panna lub garson oczekują na potrawy. Podoba mi się taki układ, światło tak jakoś modlitewnie rozjaśnia ich twarze – od razu wiem, że nie ma tu bajerów, lecz solidna kuchnia. I tak było od początku. Menu krótkie, lecz ciekawe. Raczej fusion z lekkim pokłonem ku śródziemnemu morzu. Owoce morza, wyszukane mięsa – polędwice, jagnięcina, rzadkie ryby jak płaszczka, ravioli, sałaty, ptaki. Desery i startery także niebanalne.
Ceny eleganckie – to było jasne od początku. Kuchnia gotuje tak wesoło, że słychać ją, mimo muzyczki sączącej się spod pokrętnych elips wielkich lamp sycących niewielki lokal pomarańczowym światłem. Bufet z winami sympatyczny – flaszki i flasze ujrzycie to tu, to tam. Na potrawy chwilę się czeka, ale to nic przykrego, bo podadzą wam czekadełko. My nie chcieliśmy zupy dnia – kremu z marchwi z imbirem (18 zł), to dostaliśmy go na spróbowanie.
Panna przyniosła niezwykle fantazyjnie opleciony serwetą koszyk z kromkami bułki, odkryła masło z okruchami soli morskiej pośrodku i podała piękne jak kapelusik Audrey Hepburn talerze z dnem zakrytym pomarańczowym kremem ozdobionym zielonym listkiem i świderkiem aceto balsamico. I tak malarsko pozostało do końca. Potrawy są tu tak ładne, że aż trochę szkoda je psuć widelcem czy łyżką.
Krem był znakomity, intrygujący w smaku, zwłaszcza dla fanów imbiru, ale przy drugich daniach byliśmy szczęśliwi, że odmówiliśmy zupy. Karmią tu bowiem – wbrew pierwszemu wrażeniu – naprawdę do syta. Poprosiliśmy o pieczoną kaczkę (wyluzowana ćwiartka 54 zł) z plastrami jabłek, które małym wachlarzem otulały mięso, z wysepką czerwonej kapusty mocno nasyconą anyżem, a do tego – ziemniaczane pure delikatne i smaczne i w osobnych naczyńkach sos pomarańczowo-imbirowy, nadto mus jabłkowy.
Całość nieco przytłumił bardzo mocny zapach anyżu. Nie jestem jego fanem. Wolałbym tylko nuty owocowe. Ale co fusion, to fusion. Jednak uprzedzałbym gości, bo jak nie znoszą uso, to więcej na tę kaczkę nie wrócą, a szkoda, bardzo delikatnie upieczona. Prawie jak u naszej ulubionej władzy. Piliśmy do tego sancerre Pascala Jolivet (34 zł kieliszek) – rześkie, świeże, z nutami werbeny i cytryny, białej brzoskwini a nawet kapryfolium ze świetnym finiszem, bo dobrze schłodzone.
Przyszła wreszcie pora na sprawdzian ostateczny: pieczony comber jagnięcy z warzywnym ratatouille, konfiturą z owoców leśnych i pomidorowo-rozmarynowymi dauphinios (89 zł). Te dauphinios to ziemniaki według przepisu w plastrach (tu chyba w strużkach) pieczone z mlekiem i śmietaną i garścią ementalera. Panowie z Mosaiq zaproponowali rozmaryn i pomidory, przez co ziemniaczany cylinder nabrał koloru sieneńskiej glinki.
Na tym ciekawie smakującym cylindrze leżały dwa combry splecione kostkami niczym zdumiewający stwór kosmiczny. Miso było zgrilowane cudnie – aksamitne do głębi, uległe, soczyste, bawiące wargi zapachem ognia i zrumienionej skórki. Brawa! Ratatouille bardzo klasyczne, wytrawno-słodkie. Oprócz konfitury brzeg talerza zdobiły całuski mięsa z kaczki. Dostałem również delikatnie wytrawny sos z tejże kaczki. Było bardzo wyrafinowanie i znać, że nic się w tej kuchni nie zmarnuje.
Nie żałowałem rachunku. Płacimy za estetyczne i kulinarne cacuszka. Mnie zabrakło na moim talerzu koloru innego niż brąz. Comberki mogą wam się wydać nadto jesienne. Może jakiś liść sałaty, jarmuż, bo ja wiem, coś co tę kompozycję ożywiłoby tak, że i stosowna gwiazdka na Mosaiq mogłaby zalśnić. Powodzenia!
Leszek Pułka
Mosaiq Restaurant & Wine Lounge
ul. Świętego Mikołaja 12
Tel. 71 798 35 11
Czynna od poniedziałku do piątku: 11.30 - 23.00
Sob. 9.00 - 23.00, niedz. 9.00 - 22.00
www.mosaiq.pl






Wyślij wiadomość