
No i siarczysty mróz podzielił moje pejzaże na dwa światy. Ten pierwszy to rzeki skute lodem, fantastycznie wypiętrzone wokół filarów, wysepek i mielizn. Ten drugi to ćwierkający, miauczący i fukający zwierzyniec, który dokarmiamy, nawet kiedy paskudzi i szkodzi, gdy my słuchamy nowej płyty Cohena.
Rzeki skłaniają do zadumy. Nagle znieruchomiałe wody pomrukują, poskrzypują, a nawet posykują na przechodniów tumskich bulwarów. Ich biel ma tysiąc odcieni – od lustrzanych, sinych kałuż, do których garną się ptaki wodne, po błękitne szczyty kry, zadarte niczym końskie grzywy. To świetny temat dla fotografików – znieruchomiała moc i wielokrotnie załamywane światło. I dla poetów – metafizyczny nawet.
Przeszedłem raz od Mostu Grunwaldzkiego do Ossolineum i przewiało mnie, przemroziło na wylot. Ale i u nas na wsi nie jest lepiej. Jakoś gdy polegują śniegi, mróz także wydaje się cieplejszy. A gdy szarożółte trawy tylko, skurczone jak stare futro, jakoś stepowo tak, niemal pustynnie. Za to menażeria prześwietna. Sikorek lawina kłębi się wokół karmników. Modre te rozwirowane kłębki, szarawe, to niemal zielonkawe. I ćwierkają swoje koncerty niczym Vivaldi.
A na ognikach pstre kwiczoły pracowicie oskubują czerwone korale owoców. Na kwiczoły z kolei czatują kocury o futrach napompowanych powietrzem tak, że przypominają karnawałowe baloniki. Jak kwiczoły je okpią furkocząc prędko na wyzłocone słońcem brzozy i czereśnie, kocury wędrują do kompostowników i dłubią pazurami w gospodarskich resztkach tracąc resztki honoru. Nawet w nocy nie ma spokoju!
Kilka dni temu przez okno na poddaszu zajrzała do nas kuna z na wpółobgryzionym skrzydłem kaczki. Wiem, że kaczki, bo ze strachu zwierz porzucił smakołyk i trzeba było posprzątać. Przestraszyliśmy się zresztą wszyscy. My jej świdrujących oczu, ona naszych krzyków. My – zdaje się – bardziej. Chyba się ucieszyliśmy, gdy w ułamku sekundy to lśniące, szarobrązowe futro z białym krawatem pod pyszczkiem dało nura do rynny i zwiało pomiędzy oszronione świerki.
Od tej pory co noc, koło trzeciej godziny zwinne i coraz mniej płochliwe niż przy pierwszym spotkaniu coś, co skacze, wije się i wspina równocześnie przypomina mi postać tasmańskiego diabła albo strusia Pędziwiatra z popularnej niegdyś kreskówki. Ani to złapać, ani oswoić, ani przegonić – tak bardzo swoiście śmiga pomiędzy ogrodami. Bzyt, wizg, szast prast i nic nie widać poza kurzem trawy. Czasem tylko gałąź się zatrzęsie, czasem osunie pniak przygotowany do kominka.
No to rozpalamy ten kominek, żeby ogrzać przemarznięte grzbiety i dłonie. I nastawiamy najnowsza płytę Leonarda Cohena „Old Ideas”, bo Empik sprzedawał na winylu i przypomniała nam się młodość: gramofon, obowiązkowe świece, dżinsy-dzwony, tanie bułgarskie i węgierskie wina do kanapek. Jakieś mruczenia, przytulanki i wiersze recytowane dziewczynom, że niby i my jak ten Cohen. Z talentami wyszło różnie, sentyment do ballad pozostał.
Płyta nie jest aż tak porywająca jak zapis tournee z 2008 roku. Ale błyskotliwe figury harmoniczne „Banjo” czy „Lullaby” wyciszają zgiełk cywilizacji jak za dawnych lat. Na mróz i ogień nakłada ta muzyka niezwykłe wyciszenie. To wciąż próba liryki przedniej jakości. Tak bliska przy tym rzeczom i ludziom najzwyklejszym, żyjącym w świecie, który dobrze znamy. Cohen, de Andre, Christian Olivier zawsze świetni na chłód rzeczywistości.
Zima oprócz stanu ducha wpływa też na apetyt. Rozumie się, że powinien być raczej sienkiewiczowski niż liryczny, bo jak pamiętacie relacje pomiędzy biesiadowaniem a marznięciem widać w niemal każdej powieści autora „Potopu”. Grubość pokrywy śnieżnej i tęgość mrozu wpływały wprost proporcjonalnie na apetyty polskich głodomorów. Na widok szyldu Karczma Polska nie mogłem nie wejść.
Karczma jest w miejscu przedziwnym. Dokładnie naprzeciw klasycystycznego, ciekawego architektonicznie szpitala onkologicznego przy Hirszfelda i w cieniu potężnej, szklanej wieży Sky Tower. Trudno sobie wyobrazić bardziej szokujące zestawienie stylów – późny Gierek obok zabudowy pałacowej i postmodernistycznego obeliska. W Paryżu tego nie znajdziecie! Tylko że wejście jest zupełnie nie paryskie.
Oto kilka betonowych schodków, szklano-stalowe drzwi. A w środku – no, może nie jak u Sienkiewicza – ale coś w stylu: filary obłożone potężnymi dłużycami, belkowane stropy, koła wozów przemienione w kandelabry, stare meble i obrazy na ścianach, zegary (na ogół nieczynne), potężne ławy i stoły z polerowanych dech, wieszaki z bali. Gdyby nie rozległość lokalu, byłoby niemal przytulnie.
Jedno, co naprawdę mrozi krew, to brak wiatrołapu. Nie siadajcie przy drzwiach, będzie was mocno chłodziło po plecach i wystudzi prędko talerze. Jedno, co krew ożywi, to przeurocza kelnerka o świetnej, smukłej i bardzo kobiecej figurze. „Top model” niech się chowa z tym swoim castingiem. Oprócz urody młoda dama okazuje również wiele zrozumienia – ja marudziłem o dodatkowy talerz, to o sztućce, to znów zmieniałem zamówienie, zawsze widziałem szczery uśmiech.
Ludzi bywa sporo. Kupują też na wynos i cateringują. Miło widzieć kucharzy biegających z pudełkami smakołyków do auta. Jak się Sky Tower otworzy, być może będziecie musieli rezerwować stolik, jak tak dalej pójdzie. Menu zaskakujące – staropolskie i włoskie zarazem. Kto musi, znajdzie pizzę z opalanego tradycyjnie pieca. Kto chce powalczyć z mrozem – zasobne menu energetycznych potraw.
Stoły, jak to w karczmie, nieco gołe, a serwety ciut niedoprane. Ale jemy na piaskowym, amorficznym bolesławcu przypinającym zabytki etnograficzne. Serwis kompletny, sztućce porządne, serwetki papierowe. Klimat ciepły. Muzyka mechaniczna. Ludzie dość wyciszeni. Możecie wpaść z dzieckiem – widziałem specjalne krzesełko pod ścianą. Z uroczą panną świetnie się pertraktuje: zachęca, doradza, upewnia się, że smakuje.
Chciałem wątróbkę po królewsku, drobiową, duszoną z cebulą i jabłkiem w sosie śmietankowym a panna, że smaczna, ale szpinak pychota z plackami ziemniaczanymi w formie mini przekładańca (15 zł), no to uległem, choć skąd za Sienkiewicza szpinak w zimie? Nie czekałem zbyt długo. Placki były chrupiące i sprawnie odsączone z tłuszczu. Szpinak liściasty, zabielony. Smacznie układało się to na widelcu. I sycąco.
Rosół z kołdunami (11 zł) menu zapowiadało jako klasyczny bulion z wiejskiej kury z kołdunami oraz marchewką i pietruszką. I tak było. Rosół gorący i pachnący. Bardzo klarowny. Kołduny z mięsa wołowego – więc nieco twardsze niż lubicie i nieco mniej czosnkowe niż chciałoby się. Ale że podają w wysokiej misie z fajansu, nie stygnie do samego końca. Chce się skrobać dno łyżką. Danie główne mnie przerosło. Byłem zziębnięty i głodny, ale chyba nie dość.
Panna przyniosła tak wielki talerzo-półmisek, że pobladłem. Żeberka szefa kuchni (32 zł) na kapuście z bukietem surówek i frytkami to danie co najmniej dla dwojga. Dobrze upieczone mięso leżało na wysepce zasmażanej, cudnie kwaskowej kapusty w kolorze sieny, a wokół pagórki białej kapustki z przyprawami, surówki z marchwi z ananasem i jeszcze kapusta pekińska, i sałaty liść, i fura frytek!
Powiem tylko, ze podają tu najlepsze frytki w mieście! Gdyby nie zbyt obfita garść przypraw, jakimi je posypano, byłyby niezwykłe. Żeberka jak dla mnie o ton za słone, ale mięso naprawdę delikatne i kruche. Marchewka – jak dla niemowląt, soczysta i świeża. Nie dałem rady temu wszystkiemu. Jeśli i wy nie dacie rady – propoście, zapakują do domu. Jeszcze tylko herbata Richmont w dobrej porcelanie (6 zł) i basta!
Trzeba zapewne talentu Jeremiego Przybory, aby te żeberka opisać. Od jutra zaczynam się wprawiać, tak podniósł mnie na duchu widok w supermarkecie świetnie wydanych „Piosenek prawie wszystkich”. A tuż obok nowe edycje płytowe pana Jeremiego. Czyżby poezja codzienności zmartwychwstawała? Stąd klęska Megaulopadów i Pirate Bay? No, no!
Leszek Pułka
Karczma Polska
Pl. Hirszfelda 14h
tel. 71 361 84 10
Czynna od godz. 10-22, sob. 12-24, niedz. 12-22






Wyślij wiadomość