Zaloguj się

Nie masz konta? Zarejestruj się


Szukaj pkt
pkt

Leszek Pułka: China Town

Napisane 27.01.2012 przez Pułka ze smakiem w kategoriach: Kuchnia - smaczne wpisy, Różne - blogowo to i owo

A pisałem nie tak dawno, że Jacques Tati naprawdę snuł prorocze wizje naszego niezbyt poważnego świata. I oto dożyliśmy chwili, gdy policje tajne i międzynarodowe położyły łapę na jedynym w miarę wolnym medium, jakim była sieć. – Nie ma społeczeństwa bez represji i kontroli – powtarzał w swoich filmach Tati. Kto dziś zaprzeczy?
 
Jako główny felietonista na tym portalu śmieję się (niezbyt głośno) nie tylko z tych, którzy naiwnie sądzili, że media elektroniczne mogą być niczyje, skoro przed laty darowało nam je USA, ale i z tych, którzy dzięki mediom bawią publikę mediów. Orwell by tego lepiej nie wymyślił – oto samospełniające się proroctwo czwartej władzy: jest tak ważna, że aż kompletnie śmieszna w swoim marzeniu o kontroli polityków i biznesmenów.
 
Podobnie jak zabawny inaczej wydaje się Michael O'Leary, szef Ryanaira. Nikt mu nic nie może zrobić. Dziennikarze przekazali publiczności mediów wieści o małpich figlach prezesa. Niby na marginesie, niby z przekąsem, ale. A mnie zastanawia, po co? Czy to, że prezes przykładał model samolotu to tu, to tam albo skakał po stole konferencyjnym w czymkolwiek nas ulepsza, oświeca, uczy jakiejś mądrości? Tati przynajmniej szczerze rozśmieszał w „Playtime” scenką, w której szalejąca klimatyzacja podrywała model odrzutowca do lotu, kpiąc z dyktatu techniki. 
 
Dawno temu Fredro napisał „rada małpa, że się śmieli”. Ale my chyba żyjemy już bez puent. Albo wśród puent pozornych. Oczywiście w kontekście protestów ulicznych zwrot „odłożyć coś ad acta” nabierze zapewne kompletnie innego znaczenia z powodu dość pokrętnych tłumaczeń polskich ministrów o konsultacjach na temat wolności mediów, które zdarzyły się tak jakoś pokątnie, według zdumiewającej internautów listy zaproszeń. 
 
Już Brecht to przewidział w „Karierze Arturo Ui”, ale nie chcę wyłącznie cytować proroczych wizji na temat społeczeństw totalitarnych. Mnie bowiem zastanawia nie potyczka internautów z władzą, lecz hipokryzja koncernów, które rzekomo strzegą interesów twórców. Oglądałem sprzęt multimedialny w jednym z marketów elektronicznych. Co drugie z poręcznych urządzeń nie tylko obsługuje wszystkie piratowane formaty cyfrowe, ale jest produkowane przez te same koncerny, które zabiegały o podpisywanie ACTA.
 
Cenię Apple, bo dzięki iTunes przynajmniej nie mami nikogo, nie kłamie. Ale jak wytłumaczyć tych, którzy produkują miliony płyt CD-R, CD-RW, DVD-R itp. pod tą samą etykietą, co płyty z list przebojów. Jak wytłumaczyć, dlaczego plastikowe pudełko z płytą i napisem „zagraniczna muzyka w polskiej cenie” czy jakoś tak, to po prostu edycja okradziona przez producenta z pełnej książeczki-wkładki, to wkładanie do etui dwustronicowego świstka papieru - mierna kopia światowej edycji dla wschodnieuropejskiego dzikusa.
 
Tyle samo prawd, ile kłamstw, śpiewała przed laty Iza Trojanowska. ACTA podpisano – przyznał w TVP wiceminister polskiej kultury - bez konsultacji z urzędami ochrony konsumentów czy komunikacji elektronicznej? Żart to czy cyniczna gra polityków, którzy z powodu naszej totalnej niechęci do uczestniczenia w życiu publicznym robią z nami, co chcą od wyborów do wyborów. Ale po co w takim życiu uczestniczyć?
 
Przyznam, nie znam nikogo, kto zakochany w dobrej muzyce wolałby płaską, dwuwymiarową kopię od oryginalnej płyty z pudełkiem, książeczką, efektownie tłoczoną etykietą jako ostatnie edycje Pink Floyd czy Beatlesów. Ale czy nieposzanowanie oryginału dotyczy tylko Internetu, czy naszego życia w ogóle. Popsuł się wąż do nietaniego odkurzacza. – Jesteśmy zbyt poważną firmą, aby sprzedawać same węże – usłyszałem w Saturnie. – Proszę szukać w Internecie! – polecił sprzedawca. Serio! 
 
A restauracje? Takie niby prawdziwe są, nietandetne, z prawami autorskimi? W Magnolii ujrzałem szyld China Town. Ryzyk fizyk – pomyślałem zainspirowany wędrówkami Ricka Steina po Azji, wreszcie coś chińskiego. No i niby tak. Ale niezupełnie. Lokal otwarty na przestrzał w stronę kina i rzeczonego Saturna. W środku też niezbyt China, raczej Town.
 
Są co prawda czerwone lampiony i oprawione w szkło wachlarze, ale reszta w stylu made in PRC.
 
Oto wyspa bufetu, za którą znikają kelnerki i tajemniczy Chińczyk, który ni w ząb po polsku. Oto kilkanaście stolików w dwóch salach – wszystkie z tak polakierowanym fornirem, jakby oblane szkłem. Krzesła za to miękko wyścielane. Także mało chińskie w stylu. Światła nowoczesne, morelowe ściany miękko powtarzają ich blask. Schludnie tu, choć niezbyt egzotycznie.
 
Menu grubaśne, starannie oprawione, stabularyzowane i usymbolizowane literko-cyferkami. Zupełnie jak amerykańskie lotniskowce, myśliwce i bombowce. Jako człek uparty chciałem coś spoza tych tabel – dało się, choć panna w kremowej bluzeczce starannie zniechęcała mnie do krabów. – Są takie sprasowane zupełnie jak nie kraby – zapewniała. Czyli chyba paluszki krabowe. – A krewetki są malutkie, nie ma co jeść – przekonywała. 
 
Komuś trzeba było uwierzyć. Poprosiłem zatem – dość tradycyjnie – o sajgonki (sztuk dwie za 6 zł) i zieloną herbatę dla jednej osoby (5 zł). Czekałem chwilkę. Najpierw nadeszła herbata i porcelanowy talerz z nożem i widelcem (sic!). Sajgonki A1 były nieco pancerne – ciasto wysmażono na twardo, niemal cementowo, więc pod tym tępawym, choć ładnym nożem, kruszyło się na cały lśniący od lakieru blat. Sos w osobnej miseczce był słodkawy, ciągutkowy – jak to azjatyckie sosy mają w zwyczaju.
 
Kulki mięsne w zupie z makaronem sojowym (C5 za 6 zł) to bulion w porcelanowej miseczce z porcelanową łyżką. Bulion nieco mętny, jakby zaciągnięty mlekiem, słodko-pikantny, z drobinami szczypiorku i pora i z trzema kulkami wieprzowego mięsa (chyba, bo trudno było rozpoznać). Czy smaczny? Powiedzmy, że sympatyczny jako zmiękczacz rzeczonych pancernych sajgonek.
 
Clou obiadu była wołowina F2, czyli smażona w woku z brokułami (26 zł). Wyglądała bardzo erotycznie, więc nie opiszę, bo coś tam komuś naruszę i draka gotowa. Kolor i smak miała taki bardzo grzybowy – coś jakby boczniaki, może nawet rydze, lecz bez śmietany a z soją i pomazanymi tym sosem cząstkami brokułu. Nawet jakoś tam smaczna, bardzo sycąca, lecz doprawdy niezbyt wyrafinowana.
 
Jedyne co w tym chińskim menu naprawdę satysfakcjonowało, to rachunek. Niewysoki. Potrawy niczym myśliwiec pokładowy Brewster F2A – dość brzydkie, mało skuteczne, ale jedyne w swoim rodzaju. Pozostaje czekać na wrocławskie Chiny z prawdziwego zdarzenia. Póki co, po opłaceniu abonamentu na poczcie oglądam programy Ricka Steina. Tylko że jemu wszystko smakuje, ale on dostaje pałeczki. My nie.
 
Leszek Pułka
 
Restauracja chińska „China Town”
Ul. Legnicka 58
Tel. 71 338 53 66
www.chinatown.pl
czynna w godzinach otwarcia galerii Magnolia



PORTALE SPOŁECZNOŚCIOWE


Pułka ze smakiem

  • Mężczyzna
  • Ostatnio zalogowany: 28.10.2011

Opis

Najlepsze kulinarne pióro Wrocławia, Leszek Pułka, znów odwiedza restauracje, by dzielić się z Tobą wrażeniami. Już wiesz, gdzie jutro zjesz?