
Spektakl Cezarego Ibera na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego jest tyleż do oglądania, co do „czytania”. Tyleż do podziwiania gry fantastycznej Anny Ilczuk w roli „królowej histeryczek” Blanche Wittmann i dzielnie dotrzymującej jej kroku Marty Zięby jako „królowej nauki” Marii Skłodowskiej-Curie, co do wsłuchiwania się w słowa dramatu Pera Olova Enquista. Szwedzki pisarz najpierw w „Opowieści o Blanche i Marii” z 2006 roku, a potem w sztuce próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy kobieta w zdominowanym przez mężczyzn świecie ma prawo do własnych emocji. I do czego w ogóle ma prawo.
Opisana przez Enquista historia wydarzyła się naprawdę. Blanche była asystentką Marii, genialnej uczonej, dwukrotnej laureatki nagrody Nobla. Ale została nią dopiero wtedy, gdy wyrwała się spod władzy demonicznego psychiatry, profesora Jeana-Martina Charcota (Wiesław Cichy). Urządzał on w swojej słynnej na całą Europę klinice publiczne pokazy napadów histerii, które sztucznie wywoływał u kobiet. Dziś trudno mieć wątpliwości, że cieszący się wówczas sławą geniusza lekarz był psychopatą. Po jego śmierci wszystkie pacjentki, u których zdiagnozował histerię i prezentował bezwolne podczas seansów, wyzdrowiały.
Blanche, przez kilka lat „gwiazda” pokazów Charcota, była nie tylko asystentką Marii. Znalazła w niej przyjaciółkę, powiernicę, a jednocześnie zwierciadło, w którym mogła zobaczyć beznadziejność swoich poszukiwań prawdziwego uczucia. Wiedziała już, że jest ono niemożliwe, gdy spotyka się na swej drodze takich mężczyzn jak jej brutalny ojczym, jak Charcot (choć nawet jego Blanche gotowa jest pokochać) i jego cyniczny współpracownik Zygmunt Freud (Michał Opaliński), nie mogący zdecydować się, czy bardziej interesuje go nauka, czy seks. Asystując Marii Blanche przekonuje się, że miłość jest niemożliwa nawet wtedy, gdy jest się honorowaną przez najwyższe gremia uczoną. W świecie, w którym to mężczyźni wyznaczają reguły gry, ważniejszy od podwójnego Nobla (bo bardziej bulwersujący i godny potępienia!!!) jest romans uczonej z żonatym mężczyzną. Jedyne, co ma do zaoferowania kobietom seksistowski świat mężczyzn, to rola obiektu pożądania. Może nawet da się wyznaczyć „ciężar atomowy pierwiastka miłości” zastanawiają się Maria i Blanche. I brzmi to bardzo gorzko.
Spektakl w reżyserii debiutanta Cezarego Ibera (brawa dla dyrektora Mieszkowskiego za odwagę) nie jest spektaklem przyjaznym widzowi. Reżyserowi przydałoby się nieco mniej przekonania o własnej omnipotencji, bo tekst Enquista po obróbce Ibera brzmi ze sceny gorzej niż mógłby. Więcej jest w tym przedstawieniu słuchowiska niż teatru, więcej monologowania niż interakcji między bohaterami, ale dwie godziny spędzone w Teatrze Kameralnym nie są absolutnie czasem zmarnowanym. Widz wychodzi po przedstawieniu z głową pełną pytań. O prawo uczonych, nawet najbardziej genialnych, do uprawiania w imię swoich wizji szarlatanerii. O koszty zdobywania wiedzy. O odwieczną potrzebę ludzi podglądania intymności innych, potrzebę tym większą, im ta intymność jest bardziej bezbronna.
A w dodatku wszystkie te pytania zadawane są niejako przy okazji pytania najważniejszego. O miejsce kobiety w świecie zastrzeżonym dla mężczyzn, w którym kobiety mogą być najwyżej, jak Blanche, przedmiotem eksperymentów. Są ofiarami samców, którzy ustalili reguły rządzące światem i zazdrośnie ich strzegą. "Nic takiego by się nie stało, gdybym była mężczyzną" - piszą w pewnym momencie na ścianie Blanche i Marie i brzmi to jeszcze bardziej gorzko niż słowa o pierwiastku miłości. Gdyby były mężczyznami, Blanche nie zostałaby królikiem doświadczalnym i znalazłaby miłość, Maria mogłaby być szczęśliwa także jako kobieta.
Genialna uczona broni się, kryjąc emocje i uciekając w świat nauki, choć nawet i tam dopadają ją uprzedzenia. Blanche, słabsza psychicznie, poniosła podwójną porażkę, najpierw będąc bezwolną lalką podczas seansów Charcota, potem umierając wskutek choroby popromiennej, jakiej nabawiła się w laboratorium Marii. To, co miało być dla niej ratunkiem, ostatecznie stało się przekleństwem. Blanche amputowano dwie nogi i rękę. Tą, która jej została, spisywała na prośbę Marii, „Księgę pytań”. Pytań do świata.
Spektakl na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego zdominowały kobiety, szowinistyczni mężczyźni stanowią w tej opowieści tylko tło, choć Freud w wykonaniu Michała Okońskiego wygląda jak egzemplifikacja wszystkich najbardziej skrytych męskich kompleksów seksualnych. Marta Zięba umiejętnie pokazuje, jak pod maską, którą świadomie założyła Maria, by przetrwać, buzują namiętności spragnionej uczuć kobiety. Blanche to aktorski popis Anny Ilczuk, jednakowo doskonałej podczas prowokowanych przez Charcota napadów histerii, jak i w momentach gdy zwierza się Marii że swoich występków. Równie mocno, choć tylko przez chwilę obecna jest na scenie Halina Rasiakówna, bardzo przekonująca w roli Jane Avril, tancerki i bohaterki obrazów Henri Toulouse-Lautreca. Muza francuskiego malarza pojawia się, by dać świadectwo, że nawet w tej opresyjnej rzeczywistości, która zabija Blanche i próbuje zniszczyć Marię, można być szczęśliwą. Pod warunkiem, że daje się mężczyznom wszystko to, i wyłącznie to, czego oczekują.
Mariusz Urbanek
„Blanche i Marie" Pera Olofa Enquista, reżyseria i opracowanie tekstu Cezary Iber, Teatr Polski we Wrocławiu – Scena Kameralna, premiera 2 grudnia 2011. Najbliższe spektakle 24, 25, 26 stycznia oraz 16, 17, 18 lutego
Zdjęcia: Teatr Polski / N. Kabanow