
Co jest bardziej śmieszne od starego męża, który bierze sobie młodszą o kilkadziesiąt lat żonę w przekonaniu, że jej zapewnienia o dozgonnej wierności są szczere? Rodzice, którym wydaje się, że są w stanie ustrzec swoje córki od „grzechu”, gdy te postanowią zgrzeszyć!
I właśnie o tym (nie da się upilnować córki, gdy ta postanowi oddać kochankowi to, co ma najlepszego!) jest najnowsza i – od razu można to napisać! – bardzo udana premiera w Operze Wrocławskiej, w dodatku premiera baletowa. Bardzo zabawna, świetnie zatańczona, z mistrzowską choreografią, pięknymi kostiumami, doskonale oświetlona i… leciutka jak beza.
„Córka źle strzeżona” Louisa Herolda, czyli najstarszy w światowym repertuarze spektakl baletowy (prapremiera odbyła się w 1789 roku w Bordeaux), to opowieść, którą da się streścić w jednym zdaniu. Matka chce wydać córkę za bogatego narzeczonego, ale córka woli innego, niestety bez kasy. Historia, którą na różne sposoby opowiadają komediopisarze od czasów starożytnych, Można ją przedstawić dobrze, albo źle, zajmująco, albo nudno, pięknie, albo brzydko. Ale nic nowego odkryć się tu raczej nie da.

Tak jest i w balecie Herolda, którego akcja toczy się na podparyskiej wsi pod koniec XVIII wieku (to była prawdziwa rewolucja, wcześniej bohaterami baletów nie bywały postaci z ludu). Młoda i piękna Lise kocha Colasa (z wzajemnością), ale jej gruba i surowa matka Simone chce wydać córkę za Alaine’a, syna miejscowego bogacza, właściciela winnicy. Robi więc co może, żeby Colasa od córki przegonić. Wszystko jednak kończy się dobrze, bo zgodnie z regułami komedii romantycznych, które obowiązują także w balecie, kochankom udaje się szczęśliwie ominąć przeszkody i sidła zastawione przez Simone. I nawet Alain akceptuje ostatecznie swoją porażkę.

Prosta historyjka pozostawia duże pole do popisu, ale jednocześnie zmusza do wspięcia się na wyżyny pomysłowości, żeby wypełnić wątlutką fabułę. Twórcy spektaklu, zwłaszcza reżyser Giorgio Madia, w przeszłości tancerz w zespole Maurice'a Bejarta, wywiązali się z tego zadania znakomicie. Przedstawienie zostało podzielone kolorystycznie na dwie części. Pierwszą – szarą, gdy Lise i Colas nie wiedzą jeszcze, czy uda im się zmylić Simone (oczywiście widz wie to od samego początku!), i drugą – rozsłonecznioną ciepłymi żółciami, gdy wszystko zmierza już ku pomyślnemu końcowi. Ten pozornie banalny w swojej prostocie pomysł scenografa Kinsun Chana, uzupełniony utrzymanymi w tej samej kolorystyce kostiumami Małgorzaty Słoniowskiej, a przede wszystkim światłami Łukasza Różewicza, który po prostu zaczarował scenę, wzmocnił jeszcze bajkowe przesłanie spektaklu.

„Córka…” jest spektaklem nie tylko świetnie wymyślonym i precyzyjnie zatańczonym, ale i dobrze zagranym. Pod ręką Giorgio Madii tancerze Opery Wrocławskiej wznieśli się na wyżyny tego, co potrafią. Pokazali nie tylko zdolności taneczne, ocierające się o akrobacje, ale i talenty pantomimiczne, których nie powstydziliby się aktorzy teatru ruchu. Dariusz Raczycki w roli Wdowy Simone (tak, tak!, po raz kolejny mogliśmy przekonać się, że nikt nie zagra lepiej starej i grubej baby niż mężczyzna z doczepionym monstrualnym biustem) jest do bólu brzucha groteskowy w swoich staraniach, by powstrzymać młodych. Paulina Woś jako Lise skutecznie uwodzi, czaruje, kokietuje nie tylko partnerów na scenie, ale i całą publiczność. Łukasz Ożga (Colas) nie pozostawia wątpliwości, że to właśnie on – a nie melepetowaty Alain – zasługuję na rękę (i nie tylko, w przedstawieniu nie brakuje zmysłowego erotyzmu) Lise. A Anatolij Ivanov w roli Alaina, momentami wyglądający jak skrzyżowanie Charliego Chaplina z Busterem Keatonem, to prawdziwa ozdoba spektaklu. Z obsady wynika, że Ivanov w kolejnych przedstawieniach „Córki…” będzie tańczył na zmianę role Alaina i Colasa; ten sprytny zabieg zmusi widzów do pójścia na przedstawienie co najmniej dwa razy. Ale zapewniam, że powodów, by pójść na ten spektakl kilka razy, jest znacznie więcej.

Pisanie o „Córce źle strzeżonej” akurat w dniu św. Walentego ma sens wyłącznie okolicznościowy, ponieważ zasada, na której cała opowieść jest oparta (zakochanej córki nie da się upilnować!), obowiązuje nie tylko 14 lutego, ale i przez wszystkie pozostałe dni w roku. Rodzice powinni zapisać sobie w jakimś widocznym miejscu, że nie wymyślono dotąd na świecie sposobu, który mógłby powstrzymać kochanków przed znalezieniem do siebie drogi. Wszelkie próby są z góry skazane na porażkę. Choć paradoksalnie jedno jest w tej historii optymistyczne. Skoro nie można córki strzec dobrze, nie można jej także strzec źle.
Za to można o tym bardzo pięknie zatańczyć.
Mariusz Urbanek
Louis Joseph Ferdinand Herold - „Córka źle strzeżona”, libretto: Jean Dauberval, inscenizacja i choreografia Giorgio Madia. Opera Wrocławska, premiera 5 lutego 2012
Zdjęcia: Marek Grotowski / Opera Wrocławska







Wyślij wiadomość