Todd Solondz: Nagrody oddaje mamie
Kultura
Mówi, że każdy jego film jest ostatni, a do nagród - we Wrocławiu odebrał właśnie Indie Star Award – nie przywiązuje wielkiej wagi. Todd Solondz – amerykański filmowiec porównywany do Woddy'ego Allena opowiada nam o naturze filmowego biznesu, swoim nowym obrazie „Czarny koń” i warsztatach, które poprowadzi we Wrocławiu.
Reżyser, który jest również bohaterem retrospektywy podczas American Film Festival, uchodzi za bacznego obserwatora amerykańskiej rzeczywistości. Jest autorem filmów takich, jak „Happiness” (1998), „Palindromy” (2004), „Życie z wojną w tle” (2009) i ostatniego, który swoją polską premierę miał podczas wrocławskiego festiwalu - „Dark Horse” (2011). Na rozmowę przy okrągłym stole w hotelu „Monopol”, w której uczestniczą jeszcze m.in.. dziennikarze radia „RAM” i „Gazety Wyborczej” przychodzi w swetrze. Prosi, by nie robić mu w trakcie rozmowy zdjęć, bo go to rozprasza. Po półgodzinnej rozmowie pozuje, ściągając okulary w wielkich czarnych oprawkach. Niepozorny, lekko wycofany, niby szukający słów, a jednak niezwykle celnie puentujący każde pytanie. Todd Solondz.
- W środę odebrałeś Indie Star Award przyznaną przez festiwal dla gwiazdy niezależnego kina amerykańskiego. Jaki jest twój stosunek do nagród? Czy jest to dla ciebie coś ważnego, coś, co pomaga w produkcji kolejnych filmów, czy może nie przywiązujesz do tego zbytniej wagi?
- Nie wiem, czy ta nagroda coś zmieni. Być może zmieni coś w Polsce, ale o to trzeba by zapytać dystrybutora. Wątpię też, by zmieniła wiele, jeśli chodzi o pozyskiwanie środków finansowych na kolejne filmy. Ale na pewno bardzo ucieszy moją mamę, która kolekcjonuje nagrody. Jeśli natomiast chodzi o pozyskiwanie środków na filmy, zawsze jest ciężko – taka jest natura tego biznesu. Ale teraz jest nawet trudniej, niż kiedykolwiek. I nie chodzi o kryzys ekonomiczny, ale o to, że dokonała się trwała zmiana – kino konkuruje z Internetem, telewizją, tysiącami stacji i trudniej przekonać ludzi, by wydawali pieniądze na kino. Poza tym młodzi ludzie, nie tylko w Europie, ale przede wszystkim w Azji, żyją w przekonaniu, że ściąganie pirackich filmów z sieci jest w porządku.
- „Czarnego konia”, twój najnowszy obraz, widzowie American Film Festiwal obejrzeli jednak w kinie. Po projekcji powiedziałeś, że to prawdopodobnie najsmutniejszy film, który kiedykolwiek nakręciłeś. Taki był plan?
- Nie wiem, nie kalkuluje takich rzeczy. Zresztą ludzie zawsze mogą się z takim stwierdzeniem nie zgodzić i powiedzieć, że „Życie z wojną w tle” było bardziej smutne. Zresztą dziś myślę, że może jednak „Palindromy” mają w sobie większą dawkę smutku. To zawsze dyskusyjne.
- Gdzie w takim razie twoim zdaniem tkwi smutek w „Czarnym koniu”?
- Ta historia pokazuje wysiłek dorosłego człowieka, który próbuje dorosnąć, odnaleźć swoje miejsce w świecie, szukającego miłości. A traci wszystko. I to wydaje się smutne.
- Abe, bo tak nazywa się bohater filmu, żyje z rodziną w małym miasteczku, na przedmieściach. Czy właśnie w nich twoim zdaniem odbija się prawdziwy obraz Ameryki. Czy tak samo prawdziwy jest w wielkich miastach, gdy spojrzymy choćby na ludzi protestujących na Wall Street?
- Nie lubię generalizować. Większość Amerykanów żyje na przedmieściach, ale każde z przedmieść jest inne. I choć z zewnątrz wydają się podobne, każde ma swoje cechy szczególne. Wiele problemów, które pojawiły się w takich miejscach w Stanach dociera również za granicę i ma tam jakieś znaczenie. W przeciwnym razie nikt by się nimi nie interesował.
- A jak oceniasz odbiór twojego filmu we Wrocławiu. Czy jest bardzo odmienny od tego, z jakim spotkasz się w Stanach Zjednoczonych?
- Publiczność po seansie zadała mi jedynie dwa pytania, więc tak naprawdę nie wiem, co czuli. Nigdy tego nie wiem.
- Czy masz już plan na następny film?
- Jest kilka rzeczy, którymi się bawię. I jestem pewien, że mój nowy film zarobi jeszcze mniej, niż ostatni. Wobec tego muszę myśleć o tym, która z tych nowych historii będzie najlepsza i ją dokończyć. Właściwie jedną mam już skończoną, ale trudno jest mówić o przyszłości mojej, w cudzysłowie, kariery filmowej, bo jestem wykładowcą na pełnym etacie, z czego czerpię zresztą wielką przyjemność. I zawsze zakładam, że mój ostatni film jest już naprawdę ostatni. Zobaczymy wkrótce, co się wydarzy.
- W sobotę poprowadzisz podczas American Film Festival „Masterclass” (warsztaty filmowe – przyp. red.). Czego uczestnicy mogą oczekiwać?
- Nie wiem. Oni będą zadawać pytania, a ja będą mówić I mam nadzieję, że nie palnę niczego głupiego czy zawstydzającego.
Pytał : Przemek Pozowski
Zdjęcie: Materiały prasowe
Dodano: 18.11.2011
Tagi: American Film Festival, Czarny Koń, Dark Horse, Todd Solondz
Podobne artykuły

Innsbruck zadowolony z Rosjan
Jak złapać turystę na Euro?
Drugi oddech Śląska
Sebastian Mila: Stać nas na piąte miejsce
Przystanek Wrocław
