Zaloguj się

Nie masz konta? Zarejestruj się


Szukaj pkt
pkt

Jeżeli się nie modlisz, to chociaż coś zjedz

Kultura

Jerzy Sosnowski – ekskrytyk, dziennikarz, pisarz, a od niedawna... DJ. Absolwent polonistyki, perwersyjną miłością darzący Młodą Polskę. Jako powieściopisarz debiutował mając niecałe 40 lat. Wydał cztery powieści i dwa zbiory opowiadań. Za debiutancki zbiór „Wielościan” dostał nagrodę Kościelskich, ale do nagród ma stosunek mocno oziębły. Z nami spotkał się przy okazji VI Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania i opowiedział o literaturze, nowej audycji w Trójce, internecie, głupich kobietach i słabych mężczyznach.

- Krytyk, dziennikarz, pisarz. Jaka jest właściwa kolejność?


- Krytyka to już jest przeszłość, krytykiem już nawet nie mam śmiałości siebie nazywać. Co do pisarza i dziennikarza – to zależy, jakie kryterium obrać.

- Proponuję kryterium niematerialne, czyli pasję.


- To zdecydowanie jestem pisarzem, choć oczywiście bycie dziennikarzem jest też bardzo przyjemne. Nie jeden raz w życiu przekonałem się, że nie mógłbym robić czegoś, czego nie lubię. Dziennikarstwo więc uprawiam chętnie, ale jednak bardziej niż dziennikarzem czuję się pisarzem.

- No i chyba jeszcze muzyka w Pana życiu jest ważna.

- Zdecydowanie tak. Gdybym mógł cofnąć czas, zostałbym muzykiem. Żałuję ogromnie, że nie nauczyłem się grać na żadnym instrumencie. Teraz w Trójce prowadzę audycję, w której motywem przewodnim nie jest wprawdzie muzyka, ale mam możliwość puszczania piosenek. Pewna Pani z radia, która zobaczyła, jak bardzo cieszę się na tę audycję, spointowała to tak: „Wy mężczyźni, nawet jak robicie mądre rzeczy, to i tak marzy Wam się bycie DJ-em”. I chyba coś w tym jest.

- Skąd wobec tych muzycznych zainteresowań pomysł, by iść na polonistykę?

- Poszedłem na polonistykę, bo chciałem być reżyserem filmowym, a by nim być, zalecano ukończenie jakiegoś kierunku. Na studiach okazało się, że 90% z nas poszło na te studia z myślą o reżyserii, co ostudziło trochę mój zapał. A drugi powód to lenistwo. Wygrałem olimpiadę i miałem wolny wstęp na filologię polską. Tam niespodziewanie perwersyjną miłością zapałałem do Młodej Polski i nielubianego przeze mnie początkowo pozytywizmu.

- Gdański pisarz Stefan Chwin, będąc ostatnio we Wrocławiu, powiedział, że brakuje mu w literaturze omawiania tematów bieżących, aktualnych. Czego Panu brakuje w polskiej literaturze?

- Jak słyszę, że ktoś mówi, że brakuje mu czegoś w literaturze, mam ochotę powiedzieć: to siądź i napisz. Ja nie lubię wrzucać kamyków do własnego ogródka. Ale poniekąd to zrobię, bo przyznać muszę, że w Polsce brakuje dyskusji o literaturze.

- Dlaczego tak się dzieje?

- Trudno powiedzieć, sam się nad tym zastanawiam. Nie wiem, dlaczego u nas nie mówi się tyle o literaturze, ile w innych krajach, dlaczego jest na marginesie. Widzę nadzieję w internecie. Może tu się coś ruszy, bo telewizja to... tu właściwie mogę skończyć zdanie. W telewizji chodzi o to, by było szybko, głośno i kolorowo. Z internetem wiążę jeszcze jakieś nadzieje.

- Tylko że internet hula już jakiś czas...


- No tak, racja. Ale jest w nim tyle rzeczy, że liczę na to, że poza chłamem znajdzie się tu też miejsce na literaturę.

- A dlaczego, według Pana, Polacy prawie w ogóle nie kupują książek? Łatwo byłoby powiedzieć, że są za drogie, ale z drugiej strony gigantyczne sumy wydajemy na sprzęty, choć te są znacznie droższe.

- Ale sprzęt dłużej służy niż książka. A poważnie, to sam nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Z jednej strony, choćby festiwal opowiadania przyciąga masę ludzi. Byłem też w tym roku we Wrocławiu na ENH i byłem zszokowany ilością widzów. Z drugiej strony sprzedaż książek jest rzeczywiście marna, filmów podobnie. Coś nie działa, co – nie umiem powiedzieć.

- W ramach festiwalu odbyła się dyskusja, w której padło pytanie o rolę literatury, a dokładnie o to, czy literatura może porwać tłumy. Myśli pan, że może?


- Ja przede wszystkim myślę, że nie ma takiej potrzeby, by literatura porywała tłumy. Ostatnią książką, która porwała tłumy, był „Kod Leonarda da Vinci”, a to było dość niebezpieczne.

- A jaka książka Pana ostatnio porwała?


- Z racji tego, że już nie zajmuję się krytyką, nie czytam tak wiele nowości jak kiedyś. Ale małe ukłucie zazdrości poczułem, gdy przeczytałem „Biegunów” Olgi Tokarczuk. A z takich nowości zupełnych, to spodobał mi się poemat Marcina Kurka
„Oleander” nagrodzony przez Kościelskich.

- Pan też swego czasu dostał tę nagrodę. Zastanawiam się, jaki ma Pan stosunek do nagród.

- Bardzo oziębły. Źle jest dostać nagrodę, a nie dostać jej wcale – nie jest lepiej. Trzeba dużo pracy włożyć, by po otrzymaniu nagrody nie myśleć o sobie jako o geniuszu literatury, i równie dużo, by po przegranej nie myśleć o swojej książce jak o makulaturze. To bardzo toksyczne i gdyby nie zastrzyk pieniędzy, jakie dają nagrody, byłbym ich przeciwnikiem.

- Pana ostatnia książka „Instalacja Idziego” to dla mnie między innymi opowieść o tym, że ludzie nie najlepiej wykorzystują wolność. Dlaczego tak się dzieje?

- Moje pokolenie chyba zachłysnęło się wolnością i rzeczywiście straciło umiar. Przy czym chcę zaznaczyć, że ja jestem zwolennikiem tego, by państwo maksymalnie nie wpieprzało się w życie człowieka i pozwoliło mu robić, co chce. Z drugiej strony ludzie nie powinni przekraczać pewnych norm. Nie chcę, by ludzie w imię wolności chodzili na rękach, ale z drugiej strony, jak już zaczną chodzić, to myślę, że nikt nie powinien im w tym przeszkadzać. Jestem więc w podejściu do wolności gdzieś pośrodku, ale rzeczywiście zauważam, że pokolenie, które walczyło o wolność, różnie ją wykorzystuje. Często nie najlepiej. I moim bohaterom też to się zdarza.

- Ci Pana bohaterowie w ogóle są jacyś mocno niedoskonali. Zastanawiam się, którego z nich najbardziej Pan lubi.

- (Po długim namyśle) Najbardziej lubię mało ważną bohaterkę „Apokryfu Agłai”, matkę głównego bohatera, która wygłasza świetną kwestię: „Jeżeli się nie modlisz, to chociaż coś zjedz”. Reszta jest niespecjalna. Kobiety u mnie są głupkowate i nierozgarnięte, a faceci słabi i nieudolni. Tak sobie myślę, że gdyby Bóg miał do nas taki stosunek, jaki ja mam do moich bohaterów, to nie byłoby dobrze.

Rozmawiała: Olga Strzyżewska
Zdjęcie: www.opowiadanie.info

Dodano: 20.10.2010

Tagi:



PORTALE SPOŁECZNOŚCIOWE


Opinie