Artysta niewygodny
Kultura
Zdobywca dwóch nagród Emmy, w 1976 roku nominowany do Oscara. W Polsce jednak nie uwzględnia go nawet Wikipedia, a jego sukcesy bardziej drażnią, niż cieszą. Andrzej Krakowski – reżyser, scenarzysta, producent. Do Wrocławia przyjechał na zaproszenie Roberta Gonery, organizatora Interscenario. - Jury festiwalu wybrało 5 finałowych scenariuszy. Czy one reprezentują dobry poziom, czy są raczej mniejszym złem i wybrane zostały, bo coś trzeba było wybrać?
- Na pewno są to scenariusze i to już jest sporo. Są raczej dobrze napisane, ale czy z nich coś będzie – nie wiem. Nie wiem też czy one pomogą autorom zaistnieć na rynku. Obawiam się, że nie.
- A czy sam festiwal ma szansę zmienić coś i pomóc młodym scenarzystom?
- Zdecydowanie tak. Festiwal jest bardzo dobry, bardzo potrzebny i może pomóc. Zapraszani goście pochodzą właściwie z całego świata. To otwiera i pokazuje szeroką perspektywę, która jest niezbędna, by tworzyć filmy.
- Pod koniec lat 60. wyjechał Pan na stypendium do Stanów i już nigdy do Polski nie wrócił. Zabrano Panu paszport i możliwość powrotu. Wszystko przez żydowskie pochodzenie. Co o Polsce myśli ktoś, kto został z niej wyrzucony?
- Ten kraj wyrzucił mnie stąd 43 lata temu. Ja nie planowałem emigrować. Wyjechałem jako młody chłopak na stypendium. Moja znajomość angielskiego bliska była zerowej, skończyłem studia, ale byłem przed dyplomem. To był więc najgorszy moment na emigrację. Władza polska miała to jednak gdzieś i zabrała mi obywatelstwo. Pozostała więc duża nieufność.
- Ale to było w latach 60. Teraz mamy 2010 rok, Pan zrobił wielką karierę, ale o tym kompletnie się w Polsce nie mówi. Gdy jakiś aktor zdobędzie najmniejsze wyróżnienie za granicą, szybko chwytamy się jego drzewa genealogicznego i znajdujemy prababcie, która była Polką. Z dumą wtedy mówimy, że nasi robią karierę. Tymczasem Pana nazwiska nie ma nawet w polskiej Wikipedii.
- O mnie rzeczywiście w Polsce w ogóle się nie mówi. Jestem dość niewygodnym tematem. Zostały jakieś urazy i to ciągnie sie jak smród po gaciach. Sam do końca nie umiem powiedzieć, dlaczego tak jest. Pierwsza próba nawiązania kontaktu ze mną to był rok 1978. Profesor Jackiewicz chciał kupić mój film. Ale postawił jeden warunek – usunięcie mojego nazwiska z czołówki. Inna sprawa, że kwota, którą zaproponował za ten film, nie wystarczyłaby nawet na ścięcie negatywu czołówki. I tak do dziś ten mój kontakt z Polską jest mocno kulawy. W momentach, gdy brakuje pieniędzy jestem pierwszy, do którego się zwraca, gdy trzeba załatwić wywiad z jakąś hollywoodzką gwiazdą, wszyscy wiedzą gdzie mnie szukać. Za to zaproszenia na zjazdy absolwentów szkoły filmowej nigdy do mnie nie trafiły.
- Od czasu do czasu jednak pojawia się Pan w tej Polsce. Mimo wszystko sentymenty?
- Tak i to mnie momentami bardzo denerwuje. Ja w ogóle, jeśli mowa o ojczyźnie, o miejscu zamieszkania, czuję się kompletnym schizofrenikiem. Gdy jestem w Stanach, marzy mi się Europa, gdy przyjeżdżam do Polski, doceniam Amerykę.
- Nie chcę wyolbrzymiać roli Polski w Pana życiu, ale to ona dała Panu wielki kapitał. Dzięki wytwórni KAMERA prowadzonej przez Pana ojca, poznał Pan wielkie osobowości.
- Zdecydowanie to ogromny kapitał i za to jestem wdzięczny. Stąd też pewnie te moje sentymenty. Poznałem wielkich ludzi, wielkie nazwiska. Andrzej Wajda, Jerzy Hoffman, Roman Polański, Jerzy Skolimowski – to ludzie, z którymi przebywałem na co dzień. Gdy zastanawiam się nad tym, po co jestem na świecie, to coraz częściej dochodzę do wniosku, że moją rolą jest bycie świadkiem i opowiadanie, kogo w życiu spotkałem i czego się od niego nauczyłem. Diego Rivera, Pablo Picasso, Louis Aragon, Leszek Kołakowski, Artur, Międzyrzecki, Antoni Słonimski, Adam Michnik, Jacek Kuroń - mało kto może pochwalić się, że ich znał, że z nimi rozmawiał czy z nimi przebywał.
- Wiem, że spośród tych wszystkich ludzi szczególną role odegrał w Pana życiu Andrzej Munk.
- To była niesamowita relacja. Mną właściwie Andrzej opiekował się, często też stawał w mojej obronie. Mój tata był raczej surowy i Andrzej zawsze się z nim o mnie kłócił. Nauczył mnie też syntezy, mówienia krócej, ale na temat. Byłem wielkim gadułą, a on zawsze chciał bym mu to samo opowiedział jednym zdaniem. Nauczył mnie też poczucia humoru, dystansu i autoironii. No i jako pierwszy wytłumaczył mi, czym jest seks. Miałem 7-8 lat i szliśmy parkiem, gdzie natknęliśmy się na uprawiającą seks, parę. Z jakiegoś powodu to, że kobieta była pod mężczyzną, wydawało mi się nie fair i uznałem, że ten ją wykorzystuje. Na co Andrzej powiedział mi: „Jakby nie chciała, to by jej nie wykorzystywał”. Munk był dla mnie takim Bogiem, z którym można było żyć. I pewnie miał też wpływ na to, czym się w życiu zajmuje.
- A jak Pana tato zareagował na wiadomość, że złożył Pan papiery na reżyserię?
- Ojciec dostał apopleksji, wściekł sie i powiedział: „Reżyser to nie jest zawód, to jest aberracja psychiczna". I chyba, faktycznie, coś w tym jest.
Rozmawiała: Olga Strzyżewska
Zdjęcie: www.interscenario.pl
Dodano: 23.10.2010
Tagi:
Podobne artykuły

Muzyczne rewiry Maćka Balcara
Tanzański rachunek sumienia
Psychoterapia w wersji instant
Living Colour: Załatwcie nam występ na nowym stadionie
Przystanek Wrocław
