Niebezpieczna gra z trupem w tle
Kultura
O tym, że dla niektórych polskich reżyserów dwa plus dwa to osiem i to jeszcze w trójwymiarze, opowiada Giovanny Castellanos Cabarique, kolumbijsko-polski reżyser teatralny. We Wrocławiu pracuje nad swoim najnowszym przedstawieniem. Urodził się w Kolumbii, ale już od trzynastego roku życia wiedział, że chce studiować w Krakowie. We Wrocławiu jest na chwilę, bo zaprosiła go Anna Wołek, dyrektorka Impartu. Giovanni pracuje właśnie przy „Niebezpiecznej grze”, którą napisał – sfrustrowany rolami w kiepskich teatralnych kryminałach – brytyjski były aktor Richard Stockwell. To historia Ricka i Jane. On zapłacił za jej zakupy, bo nie wzięła z domu portmonetki, a potem zaprosił do siebie. Początkowo toczy się między nimi niewinna rozmowa, która powoli robi się mroczna i zagadkowa. Najpierw okazuje się, że wcale nie są w domu Ricka, a przynajmniej on w nim nie mieszka. Zaczynamy się więc domyślać, że to pozornie przypadkowe spotkanie w sklepie zostało precyzyjnie przez niego zaplanowane...
- Kryminał we Wrocławiu to twój pomysł?
- Nie do końca. Dyrektorka Impartu Anna Wołek zaproponowała mi współpracę właśnie przy tej sztuce, a akurat miałem trochę wolnego czasu, więc się zgodziłem. „Niebezpieczna gra” to głównie kryminał, ale trochę też thriller. To lekka i przyjemna sztuka, idealna dla teatru Impart, do którego ludzie przychodzą się odstresować i dobrze bawić. Pracuję więc nad tym, by było też zabawnie, a także nad tym, by było dużo ruchu scenicznego, mimo że rzecz dzieje się w ciasnym mieszkaniu. Ostatnio mieliśmy nawet zajęcia Krav Maga. Będzie tu suspens, dużo przewrotnych sytuacji i intrygująca fabuła, która od początku do końca zaskakuje.
- A będzie trup?
- Będzie morderstwo, będzie trup, ale raczej historyczny, bo już jakiś czas temu zamordowany, no i będzie też trup potencjalny.
- A na żywo kogo zobaczymy i dlaczego nie będą to Dominika Figurska i Michał Chorosinski – aktorzy, którzy pierwotnie mieli zagrać w „Niebezpiecznej grze”.
- Proza życia, czyli logistyczno-techniczne problemy. Są zajęci, nie mieli na początku czasu, więc przesunęliśmy termin premiery, ale znów okazało się, że nie mają czasu. Słowem nie dograliśmy swoich grafików. Zobaczymy więc Małgorzatę Kałuzińską i Grzegorza Wojdona. Próby z nimi rozpocząłem w lutym, a premiera będzie pod koniec maja. Próby są prowadzone w trybie dość niekonwencjonalnym, bo kursuję między Olsztynem, gdzie mieszkam, a Wrocławiem.
- Porzućmy jednak Wrocław i przenieśmy się do Kolumbii, a dokładnie do momentu, w którym po raz pierwszy pomyślałeś sobie: reżyseria w Krakowie.
- Teatrem interesuję się właściwie odkąd zacząłem mówić i myśleć, a o tym, że chcę być reżyserem i chcę studiować na krakowskiej PWST wiedziałem odkąd skończyłem 13 lat. Po pierwsze, jest tu jeden z najlepszych wydziałów reżyserii w Europie, a po drugie – są trzy nazwiska, które dla mnie w teatrze są kluczowe: Bertold Brecht, a więc teatr polityczny i zaangażowany, Stanisławski – korzenie teatru, aż w końcu Jerzy Grotowski. Swoim teatrem ubogim trafił do mnie chyba najbardziej. On miał zresztą kolosalny wpływ na to, jak wygląda teatr w Kolumbii czy w ogóle w Ameryce Łacińskiej. Potem gdzieś już pojawiła się nowa grupa reżyserów, między innymi Krystian Lupa – wiedziałam więc, że to musi być Kraków.
- Przyjechałeś do tego Krakowa i stanąłeś oko w oko między innymi właśnie z Lupą, któremu potem asystowałeś.
- Jest to swego rodzaju fenomen w Krakowie. Współpracujemy z czołowymi reżyserami, ale jest to normalne, bo oni nas po prostu uczą. A asystentów mają całą batalię, biorą czasami nawet 15 osób, więc nie jest to jakieś szczególne wyróżnienie. Asystowałem też Jerzemu Stuhrowi, Mikołajowi Grabowskiemu czy Andrzejowi Wajdzie. Oczywiście to jest fajne, ale nie czuję się uczniem żadnego z nich. To byli moi nauczyciele, moi mistrzowie, ale od każdego wziąłem tylko tyle, ile chciałem. Teatr polski, jego temperament jest inny niż mój. Lupa zawsze mi mówił: Dłuuuużej działaj, dłuuuuuużej. A ja już dłużej nie mogę.
- A zrobiłeś jakieś przedstawienie, o którym pomyślałeś sobie po czasie, że mogłeś faktycznie dłużej działać?
- Chyba nie. Raczej nigdy nie dałem plamy jakoś poważniej. Nawet jak miałem negatywne, ostre recenzje, to zwykle sprowadzały się one do krytykowania tematyki, konwencji, ale wszystko zawsze miało ręce i nogi. Zresztą recenzja teatralna jest nieco inna w Polsce. Tu kryterium jest zwykle gust, nie ma też współpracy między reżyserem a krytykiem. Ten ostatni nie wytyka faktycznych błędów, ale mówi: podoba mi się lub nie. Raz robiłem spektakl – nie powiem gdzie – po którym recenzent powiedział mi: „Gdybyś zrobił to przedstawienie w innym teatrze, recenzja byłaby inna. To nie jest atak na ciebie, to są rozgrywki polityczno-ideologiczne”. Trudno jest więc dogodzić polskim krytykom.
- Trochę też sam wystawiasz się na ostrzał. Z jednej strony mówisz o swoim guru Grotowskim, z drugiej – pracujesz właśnie nad teatralnym kryminałem? Nie zgrzyta ci to?
- Oczywiście „Niebezpieczna gra” to nie jest mój teatr. To jest fajna praca i fajne rzemiosło. Znacznie bardziej lubię jednak teatr zaangażowany społecznie, polityczny, bardziej formalny czy agresywny. Ale w ten projekt wszedłem, bo pomyślałem sobie: czemu nie? I nie znalazłem dobrego powodu, czemu by tego nie zrobić. Tu są łatwe mechanizmy, co jest też fajne, bo my – szczególnie młodzi reżyserzy – tak się czasem zapętlamy, że kiedy sytuacja jest prosta i 2 plus 2 to cztery, chcemy na siłę pokazać, że to jest osiem. I to osiem lewituje i jest w trójwymiarze, a ty i tak po wyjściu z teatru masz poczucie, że dwa plus dwa to nadal cztery. A tu są proste zasady, więc cieszę się na ten trening, na ten powrót. Poza tym nie mam ambicji, by komuś imponować i tak już jest chyba od początku. Pamiętam moich kolegów, którzy przejęci byli każdą wizytą ważnej osoby, którzy mieli jakieś parcie na szybki debiut, założenia, że to musi być przed trzydziestką. Mnie ten polski kompleks zupełnie nie dotyczy.
- A nie ciągnie cię do filmu?
- Dużo osób gdzieś mi to proponuje, podrzuca mi ten pomysł. Pan Andrzej Wajda mnie o to pytał i nawet zachęcał. Ale teraz pracuję nad spektaklem muzycznym, który wystawię w Gdyni, potem „Rewizor” Gogola w Olsztynie, prowadzę też trochę rozmów nad dalszymi przedstawieniami. Ja chyba po prostu nie mam czasu na film.
- Są jednak takie momenty, w których masz czas, ale decydujesz się na teatr.
- Może ja po prostu nie mam parcia na szkło.
Rozmawiała Olga Strzyżewska
Premiera "Niebezpiecznej gry" 28 maja w Imparcie
Dodano: 03.05.2011
Tagi:
Podobne artykuły

Nocne zwiedzanie muzeów
Gratka dla fanów Śląska i Queen
Get ożył w Jasiu
Wrocław uwalnia książki
Nakręć smaki Wrocławia
