„Sprawca” Bartosza Porczyka: Midas zmartwychwstał
Kultura
Czego nie dotknie – zamienia w złoto. Tańczy, śpiewa, gra, a do tego wszystkiego całkiem błyskotliwie diagnozuje „Rzeźpospolitą”. Czy jest coś, czego Porczyk nie potrafi – po prapremierowym koncercie jego debiutanckiej płyty trudno na to pytanie odpowiedzieć twierdząco.Powiedzieć o nim, że jest zdolny, to tak jakby powiedzieć, że II wojna światowa była straszna. Była piekielnie straszna, piekielnie zdolny jest też wrocławski aktor. Udowodnił to wygraną 27. Przeglądu Piosenki Aktorskiej, a przypieczętował „Smyczą”, w której wcielił się w osiem różnych postaci i śpiewał piosenki między innymi Maryli Rodowicz czy rapera Łony. Potem była udana rola w „Linczu” i fenomenalna w „Sprawie Dantona”. Teraz Porczyk nagrał płytę. I znów zachwycił, wzruszył, rozbawił. A do tego zaryzykował: raz – nie nagrał płyty, która się dobrze sprzeda, bo nie jest łatwa w odbiorze, dwa – sam napisał słowa. Tym ostatnim prawdopodobnie strzelił sobie samobója. Łatwo będzie mu bowiem zarzucić tanie rymowanie (sic!), i chęć wzbudzenia kontrowersji. Pojawiają się u niego „dopalacze na pałostanie”, „rany banalnoanalne” i „zabawy seksualne”, ale za tym idzie coś więcej niż tylko chwytliwa, a tym bardziej bezrefleksyjna zabawa językiem. Pod tymi pozornie przypadkowymi zlepkami słów i zdań Porczyk przemyca kilka ważnych refleksji: o przesadnej fascynacji konsumpcyjnym trybem życia, równie przesadnym zamiłowaniem do botoksu i ciągłym naprawianiu swojego ciała. Są też pytania o rolę aktora, a także o rolę ojca. Nie ma więc rewolucji, ale nie ma też banału.
Kategoria szczerości nie jest kategorią dobrą przy ocenie artystycznych poczynań, ale w przypadku „Sprawcy” ma sens. Bo może Porczyk pierwszym tekściarzem III RP nie jest, ale wiarygodnie opowiada o tym, co go mierzi, swędzi, irytuje i drażni. I – co ważne – nie popada w patos, nie wypowiada się ex cathedra, a często kpi, wyszydza i ośmiesza. Ale bywa też wzruszający – jak w piosence „Rozczulanka” o nienarodzonym dziecku. Nie jest to może Eric Clapton i jego „Tears In Heaven”, ale jest naprawdę pięknie. Bez względu na to, czy Porczyk wzrusza, czy bawi, zawsze robi to w towarzystwie znakomitej muzyki: czasami elektronicznej, („Promocja” ) popowej („Botoks” ) innym razem funkowej („Wara od gara” ).
Jeden minus ma „Sprawca” – to bardziej show i widowisko niż płyta do samotnego przesłuchania. Na żywo zachwyca, bez Porczyka na scenie będzie prawdopodobnie tylko przyzwoita.
Tekst: Olga Strzyżewska
Zdjęcie: Bartosz Maz
Dodano: 20.04.2011
Tagi:
Podobne artykuły

Nocne zwiedzanie muzeów
Gratka dla fanów Śląska i Queen
Get ożył w Jasiu
Wrocław uwalnia książki
Nakręć smaki Wrocławia
