Zaloguj się

Nie masz konta? Zarejestruj się


Szukaj pkt
pkt

Zdzisław Smektała: Grecy, Polacy & Co

 
Zimowy Raptularz Zdzisława Smektały
 
Czwartek, 16 dzień lutego 2012
 
Vážení přátelé, Ime hondros singrafeas!
 
To powitanie w czesko - greckim języku (tak przynajmniej mniemam). Wszak Czesi, a także Grecy przyjadą w czerwcu do Wrocławia w obfitych grupach. Greków z przyczyn oczywistych (w kilometrach liczona odległość oraz kryzys) będzie znacznie mniej. Ale Grecy najnowszej historii naszej dolnośląskiej stolicy zaznaczyli się mocno.
 
W latach 1950 – 1980 Wrocław był stolicą Greków mieszkających w Polsce.
 
Na Placu Wolności (dzisiaj jest tam bank) mieścił się Centralny Klub Greka – taka swoista Helleńska Rada Ministrów. Przywódcą był – przez lata – apodyktyczny Premier Chuliaras, który mocno trzymał za twarz całe rozpolitykowane towarzystwo. Kumplowałem się z jego synami. Z Sakisem, bardzo zdolnym muzykiem, gitarzystą.
 
Oraz z Mimisem – facecjonistą, smakoszem życia i birbantem.
 
 
O Grekach napisałem dwie powieści.
 
Bohaterem książki „Chciwy żywot grajka” (Wydawnictwo „Czytelnik”) był właśnie Sakis. Jedną z ważnych postaci drugiej powieści „Liszaj” (Wydawnictwo PIW), której akcja dzieje się w Atenach, jest Mimis – baron ateńskiej cyganerii, tej o polskim rodowodzie. W powieści „Liszaj” odbijają się też echa polityki. Gdy w Atenach – a była to druga połowa lat 80. – zbierałem literackie materiały uczestniczyłem mimowolnie w tamtejszych wyborach. Głośnych, bulgoczących, nieokiełznanych.
 
Jak to u temperamentnych Greków.
 
Wówczas wyborczym hasłem partii PASOK (ruch ogólnohelleński) Andreasa Papandreu  były słowa:
 
Mniej państwa - więcej wolności!
 
Dzisiaj widzę, że jest na odwrót. Wynikający z gospodarczych kłopotów robaczywy system władzy (pod dyktatem Unii) chce sprowadzić obywateli do roli posłusznych płatników. Teraz dawne hasło można odmienić: Więcej państwa – mniej wolności.
 
W ostatnich telewizyjnych relacjach z Aten zauważyłem dwie postaci mające związki z miastem mojego urodzenia – Zgorzelcem. Jak zwykle płomiennie przemawiał do manifestantów Manolis Glezos. Facet ten to ikona greckiego komunizmu, dzisiaj – uwaga - 90. latek.
 
W latach 60. mieszkał w Zgorzelcu i była to największa (ale wszystkim mieszkańcom znana) tajemnica miasta. Tajemnica dlatego, by Glezosa nie zgładzili kapitalistyczni agenci. Nieprzychylni ruchom wolnościowym. Mieszkał był przy ulicy Warszawskiej. I gdy – dzieciakami będąc – przechodziliśmy obok bramy, w której miał tajną kwaterę, zaniżaliśmy głos do szeptu, przechodziliśmy obok drzwi wejściowych na palcach.
 
Był dla nas, obszczymurów, takim dzielnym Winnetou walczącym z niesprawiedliwością, uciskiem ludzi w drelichach, z brakiem gumy do żucia.
 
 
 
Druga postać aktywna ostatnio w okienkach greckiej telewizji to Mikis Theodorakis, słynny kompozytor, autor muzyki do filmu „Grek Zorba”. Przez długi czas jego osobistym sekretarzem był Jorgos Filaktos, nasz zgorzelecki kumpel z dzieciństwa, koleżka zawsze zamyślony i nieobecny.  Jorgos był synem jedynego lekarza wśród zgorzeleckich Greków. Słynął w moim mieście z tego, że zmieniał kolor choroby.
 
Gdy na przykład skacowani budowniczowie kopalni i elektrowni „Turów” przychodzili do niego – do przychodni – po trzy dni zwolnienia, zaglądał do Książeczki Zdrowia delikwenta. Gdy była tam włożona stówa – wypisywał zwolnienie bez problemów.
 
Gdy jednak znajdował tam banknot pięćdziesięciozłotowy zamykał książeczkę i mówił: Niech pan do mnie przyjdzie jak tylko choroba się… zaczerwieni.
 
I gościu – za chwilę – pokornie przychodził po zwolnienie ze stówką.
 
Obejrzyjcie tutaj załączoną kronikę PKF z 1967 roku – jest tam passus o obecności greków w Zgorzelcu. Gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy (tydzień temu) upuściłem ślozy.
 
 
Skąd się w kilku miastach Polski (Wrocław, Zgorzelec, Police, Krościenko, Świdnica, Bielawa) wzięli w latach 50. Grecy? Trafili do naszego kraju po przegranej wojnie domowej (1946 – 1949), w której zdławieniu dużą rolę odegrali Amerykanie i Anglicy. Większość wówczas przybyłych do Polandii Greków wyjechała do swojego kraju w drugiej połowie lat 70. Do powrotu zaprosił ich Andreas Papandreu, przywódca PASOK, obywatel Grecji i USA (zmarł w 1996). Ten, który objął funkcję premiera po obaleniu zamordystycznej hunty Czarnych Pułkowników. Papandreu był ekonomistą, między innymi doktorem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. To syn – uwaga – Polki, arystokratki Zofii Mineyko. W jakiejś części jest więc także naszym półrodakiem.
 
Grecy Polkę uwielbiali. Za to nie znosili amerykańskiej żony Andreasa.
 
Nie mogli mu wybaczyć, że za towarzyszkę życia wziął sobie Jankeskę.
 
Jego syn też jest politykiem. Georgios Andreas rządził Grecją do końca 2011 r0ku.
 
A więc jeszcze trzy miesiące temu. 
 
 
Za ponad 100 dni Grecy przyjadą do Wrocławia obejrzeć mecze swoich rodaków na okazałym miejskim stadionie. Czy przyjedzie ich nadmiar? Nie sądzę.
 
Na pewno nie pojawią się w ilości prognozowanej wstępnie przez włodarzy miasta.
 
Chociaż widok Greckich posłów (lecz nie tych od Kochanowskiego), którzy w czasie przedwczorajszych obrad stymulujących przyszłość ich kraju woleli oglądać mecz koszykówki - może przynieść liczebną niespodziankę.
 
 
W kryzysowej Europie w ogóle nie można liczyć na to, że w czerwcowe dni zaleje nas Atlantyk kibiców. W pierwszych optymistycznych rachubach liczono na milion fanów piłki nożnej. Po otrząśnięciu się z euforii rachowano w pobliżu 500 – 750 tysięcy kibiców. Ja rdzę, że jeśli zjawi się w Polsce 250 – 300 tysięcy usportowionych obywateli Unii (i nie tylko) nie ma co załamywać rąk. Fachowcy obliczają, że w każdym spotkaniu rozgrywanym we Wrocławiu przez reprezentację Czech może pojawić na Maślicach 10 - 12 tysięcy Bohemian. To na pewno wielkość niebagatelna dla restauracji i piwnych wyszynków.
 
Ale zysk muszą wypracować Polacy.
 
 
Podobnie będzie w przypadku coraz liczniej wędrujących po Europie kibiców z Rosji. Na Greków nie możemy – niestety – liczyć zbyt optymistycznie. Pomimo, że z Polską będzie to mecz otwarcia (Warszawa, 8 czerwca). Pozostali nam więc niezawodni bracia Czesi, których powinno się pojawić we Wrocławiu 20 do 50 tysięcy (część z nich wielokrotnie).
 
Stąd, nie chcąc dziegciować w beczce z miodem, proponuję kupcom, handlowcom, pamiątkarzom i innym sprzedawcom mitów - przystrzyżenie chcicy na krociowe zyski.
 
 
 
Ta, moim zdaniem, roztropna rada bierze się z realnej wrocławskiej praktyki.  Jak zapewne większość z nas pamięta równe 15 lat temu w naszym mieście osadził się w majowe i czerwcowe dni Światowy Kongres Eucharystyczny. Gościem tego spotkania wiernych był papież Jan Paweł II.
 
Hasła przewodnie ustawiające kształt kongresu były takie:
 
1.    Eucharystia i Wolność
2.    Wolni w spotkaniu z Chrystusem
3.    Wolność dzieci Bożych 
4.    Wyzwolenia z grzechu
 
Tematy jak najbardziej szczypiące duszę i serce. Ale ludność „jak zwykle” zawiodła. Pomagałem przy tym kongresie i widziałem na własne oczy jak handlowcy na te ważne dla wiary dni ściągali do miasta bezmiar bułek, kiełbasy, musztardy i kościelnych gadżetów. Widziałem później, po kongresie, jak wyrzucali te nadmiernie zgromadzone produkty gdzie tylko się dało. Zabrakło kupujących. Pielgrzymki bowiem serwowały własną przywiezioną żywność. Nie było kulinarnego rozpasania. Ileż – z drugiej strony – można kupić figurek papieża, gipsowych aniołków, różańców?
 
 
W porządkowaniu miasta „pomogła” Powódź Tysiąclecia. Kilka tygodni po kongresie wyczyściła z niepotrzebnych już produktów wiele, bardzo wiele piwnic, składów, magazynów. Nie było nam wówczas do śmiechu. W obfitości natargaliśmy się wówczas piasku w worach.
 
Rzecz jasna z okazji 15. rocznicy tamtych wydarzeń nie przewiduję organizacyjnego krachu ani powodzi – ale roztropność przy obliczaniu dochodów postuluję już dzisiaj.
 
Dotyczy to: ostatecznych kosztów budowy stadiony, kwot niezbędnych do utrzymania jego kondycji gdy minie już owe 270 minut wrocławskich meczów. Ale także - potencjalnych dochodów ze sprzedaży piwa, kiełbasek, szalików i innych także tych iluzorycznych imponderabiliów.
 
A na razie dmuchajmy w Koszyk Szczęścia aby na maślickim stadionie mógł się odbyć w sobotę ligowy inauguracyjny mecz Śląska Wrocław z Ruchem Chorzów.
 
Nawet bez nadmiernie rozdmuchanych premii.
 
Oraz aby Sebastian Mila, powołany do reprezentacji kapitan Śląska i mój sąsiad z naszego portalu, strzelił Portugalczykom bramkę. Zwycięską!
 
Zdzisław Smektała
bbd@bbd.pl
501 40 40 64
 
 



PORTALE SPOŁECZNOŚCIOWE


EuroDetektyw

  • Mężczyzna
  • Ostatnio zalogowany: 26.09.2011

Opis

Głowisz się, czy Wrocław zdąży przed Euro ze wszystkim? Nie martw się, EuroDetektyw trzyma rękę na pulsie!